Pierwsze dni w przedszkolu

Pierwsze dni w przedszkolu to trudny i niezwykle ważny okres w życiu kilkulatka i jego rodziców – oto z maluszka uczepionego maminej (albo tatowej) nogi zmienia się w samodzielnego małego człowieka. Towarzyszą temu silne emocje, poczucia zagubienia, lęk przed nieznanym i utrata poczucia bezpieczeństwa związana z rozstaniem z dotychczasowym opiekunem.

O tym, jak wyglądały pierwsze dni w żłobku Matiego i Gabi pisałam wiele lat temu. Teraz chcę Wam opowiedzieć jak to było z Nelą. Bez moralizowania i powtarzania mądrości innych osób. Po prostu chcę Wam opowiedzieć naszą historię.

Dzień minus pierwszy (przed pójściem do przedszkola)

Nerwy matki przypominają mocno naciągniętą linę, która lada chwila pęknie, spuszczając uczepionego na niej alpinistę prosto w ciemną czeluść rozpaczy. Jedna melisa, druga… W końcu idziemy na spacer!

Plac zabaw, który jest najbliżej naszego domu, sąsiaduje bezpośrednio z przedszkolem. Wybór kierunku jest więc oczywisty.

Mamy szczęście. Ciocie akurat sprzątają ogródek na otwarcie przedszkola i po starej znajomości (Mati i Gaba też tam chodzili) znajdują chwilę na rozmowę z nami. Sądząc po reakcji Neli, zaliczam jednak spektakularną porażkę w oswajaniu lęku przed nieznanym. Chowa się, nie patrzy w kierunku przedszkola, a po chwili zaczyna płakać.

Trudno, tak bywa. Nie spodziewałam się przecież, że będzie łatwo.

droga-do-przedszkola

Mimo reakcji Neli, czuję się spokojniejsza. Wiem, kto jutro odbierze ode mnie Nelcię, a większy spokój matki oznacza, że będę mogła ją skuteczniej wesprzeć w…

Ech, po tym dzisiejszym wrzasku, wolę nie krakać!

Dzień pierwszy

Krzyk w domu, bo nie trzeba zostawić kołderkę.

Ryk w drodze do przedszkola, bo kołderka została w domu.

Płacz pod przedszkolem, bo nie ma kołderki i jedynej znanej Neli koleżanki.

W szatni płacz ustaje, a ja zostaję zasypana gradem pytań:

– Gdzie jest moja koleżanka J?
– Gdzie jest moja pani?
– A gdzie jest moja sala?
– Tutaj jest! – drzwi sali otwierają się i staje w nich dobrze nam znana ciocia Dyrektor.

Uśmiecham się na widok znanej twarzy, a Nela wczepia się we mnie z całej siły. Nie zwalnia uścisku nawet wtedy, gdy pani opiekunka próbuje ją zagadać.

Nie ma wyjścia. Histeria Neli się nakręca i już wiem, że muszę to przerwać. Muszę ulotnić się możliwie najszybciej, zanim Nela osiągnie stan, z którego będzie jej ciężko wyjść.

Oddaję ją pani na ręce, robię piruet, żeby uwolnić swój kaptur z jej rąk i już mnie nie ma.

W domu długo dochodzę do siebie. Wiem, że Nela chciała iść do przedszkola. Wiem, że ten płacz to wynik kotłujących się w niej skrajnych emocji. Wiem też, że tak samo płacze, kiedy zostaje u babci, ale po chwili przestaje. Mimo to, wcale nie jest łatwo.

Na rozpoczęciu roku szkolnego Gabi zaczepiam koleżankę, która ma jedno dziecko w tej samej klasie, a drugie w tej samej grupie przedszkolnej i wchodziła zaraz po mnie do szatni. Mówi, że jak zaglądała do sali, to Nela już nie płakała. Siedziała na krzesełku jak w amoku i nie reagowała na zaproszenie do zabawy w kółku.

Popołudniu

Idę odebrać moją trzecią dziecinę i zastanawiam się, co mnie czeka. Złość, że po nią przyszłam czy może foch, że ją zostawiłam i sobie poszłam?

Mój pierworodny miał 18 miesięcy jak poszedł pierwszy raz do żłobka zobaczyć jak tam jest i… został! Wróciłam do domu i wyłam jak bóbr. Po 4 godzinach poszłam go odebrać, a ten w ryk. Uczepił się płotu i za nic nie chciał wracać.

Potem poszła do żłobka Gaba i było trochę lepiej (czytaj: nie musiałam jej odrywać siłą od płotu, żeby wrócić do domu, ale chętniej robiła mi rano papa niż witała się popołudniu).

Co czeka mnie tym razem?

przedszkole-adaptacja

Reakcja Neli przeszła moje najśmielsze założenia. Pierwszy raz w życiu ktoś powitał mnie z radością, przytulił… Pierwszy raz nie poczułam się jak wyrodna matka, której dziecko woli być w przedszkolu niż w domu.

– Nelciu, jak było w przedszkolu?
– Fajnie!
– A jakie były zabawki?
– Fajne!
– A jedzenie ci smakowało?
– Yhy… Mamo, tam wszystko jest fajne!

Coś mi mówi, że za kilka dni nie będzie już takiej radości na mój widok. Znowu będę tą wredną babą, która zabiera dziecko z raju.

Dzień drugi

Po całkiem znośnym pierwszym dniu następuje #dziendrugi, a w nim:
1) pobudka: “A pani powiedziała, że nie będziemy się bawić na placu zabaw! Na tym przedszkolnym!!!!! Uuuuuuuuuuuu…”
2) ubieranie się: “Ja nie chcę iść do przedszkola”
3) mycie zębów: “Chcę zostać w domuuuu!”
4) ubieranie butów: “Zostaję w domu!!!!”
5) ubieranie kurtki: “Nie idę, bo się wstydzę!”
6) ubieranie czapki połączone ze zdzieraniem czapki z głowy i biciem matki
7) ponowne ubieranie kurtki: “Przytulas?”
8) ponowne ubieranie kurtki: “Nigdzie nie ideeeeeeee!”
9) wyjście z domu z kurtką i butami w rękach: “Idziemy tylko przed dom zobaczyć czy tata już wraca ze szkoły”
10) odniesienie dziecka do przedszkola przez tatę: “Nie chcem! Nie idem!”

Ostatnim punktem poranka jest trzymanie wierzgającej Neli przez ciocię i wyrywanie jej kołderki przez tatę.

przedszkolak-u-taty-na-rekach

Chciałam się poczuć jak dobra matka, której dziecko tęskni, płacze i wypatruje godziny odbioru? No to mam za swoje!

Popołudniu

Po porannym ciężkim rozruchu ojciec postanowia, że pójdzie osobiście odebrać nieszczęśliwą dziecinę i sprawdzić, jak jej tam w tym strasznym przedszkolu jest. Widać, że się przejął. Tym bardziej, że „starszaki tak nie płakały” – Gaba tak robiła, ale już zapomniał.

No i jak było? Czy odebrał zapłakane dziecko, które cały dzień wyczekiwało powrotu do domu?

Nie. Nela oświadczyła zdumionemu ojcu, że przedszkole jest super i mają tam wszystko, czego potrzeba dzieciom. Łącznie z pysznym jedzeniem (którego nadal prawie nie tknęła).

Co więcej, minęły już dwie godziny od jej powrotu, a ona nawet nie spytała gdzie jest jej ukochana kołderka do kojenia nerwów

Dzień trzeci, godzina 7:30

Nela ubrana i bliska histerii, bo… nie ma jej kto odprowadzić do przedszkola, a ona tak bardzo chce już tam iść. Teraz, w tej chwili. Nie może dłużej czekać!!!!!!!!!!!

Błyskawicznie pakuję starszakom śniadanie, naciągam dres na piżamę i biegnę za Nelą do przedszkola. Tak: bięgnę, bo Nela mknie do przedszkola w podskokach. Z radosnym śpiewem na ustach.

ide-do-przedszkola

Nie pytajcie jak było z wchodzeniem do sali, bo nie wiem. Odwróciłam się dosłownie na moment, żeby odwiesić jej kurtkę na wieszak, a moje dziecko w tym czasie zniknęło za drzwiami sali.

Wróciłam do domu, piję od 10 minut kawę i nadal dochodzę do siebie po tym szokującym wydarzeniu.

– Ale jak to? Tak bez płaczu i szarpania? – nie dowierzam.

Adaptacja w przedszkolu przypomina sinusoidę. Raz jest dobrze, raz dramatycznie. Być może jutro Nela wstanie chętnie i z taką samą radością popędzi do przedszkola, a może będzie ją trzeba zanieść. Może kryzys wróci dopiero w poniedziałek, a może po weekendzie będzie tak stęskniona za ciocią, dziećmi i zabawkami, że już w niedzielę nie będzie się mogła go doczekać? Tego nie wie nikt.

Popołudniu

Mąż wraca z Nelą i siatką ubrań.

– Nela się posikała i twierdzi, że to nieprawda. Ale przecież czuć, że te ubrania są posikane – relacjonuje mi mąż.

Zaglądam do środka, a tam… metka w rozmiarze 92. A Nela nosi 110.

– Posikane to one są, ale z pewnością nie są Neli. Takiego rozmiaru to ona już ponad rok nie nosi!

przedszkolak-pierwsze-dni

Klasyka. Raz dziecko przyniesie z przedszkola rysunek, innym razem katar albo… cudze ubrania do prania!

Dzień czwarty

– Nie idę! Tam jest nuuuuda! Nie lubię przedszkola – powiedziała na powitanie nowego dnia Nela.

O nie… Czyżby znowu jakiś kryzys? Czyżby znowu czekała mnie poranna batalia? Patrzę na nią, jak chowa się pod kołderką i udaje, że śpi. Jak rozkosznie pakuje sobie kciuka do buzi. Wyczuwam w niej niechęć nie tyle do samego przedszkola, co do wstawania.

– Chcesz sobie jeszcze poleżeć? – pytam spokojnie.
– Yhy.

Po 10 minutach Nela wstaja sama. Chętnie się ubiera i jeszcze chętniej idzie do przedszkola.

– Czasem tak niewiele zmienia tak wiele… – myślę sobie dumna, że już drugi raz obyło się bez płaczu i awantury.

Nazajutrz jest sobota

– Idziemy do przedszkola? – pyta na powitanie Nela głosem żaby, a oczka się jej świecą jak czarne brylanty. A jak zakaszle, to jakby orkiestra zagrała.

Tej artystki, to i bez mierzenia temperatury przy wejściu, nie wpuściliby do przedszkola.

przedszkolak-w-domu-chory

Nie powiem, że się tego nie spodziewałam. Przecież wiadomo było, że jak pójdzie do przedszkola, to będzie chorować. Ale że już?! Cztery dni przedszkola i już chora?!

Poniedziałek. Po weekendzie

Sytuacja w domu wygląda tak: cztery dni przedszkola, trzy dni szkoły i już mamy na koncie dwa zapalenia krtani. A! I małżona też coś bierze…

Cytując reklamę bodajże leku na gorączkę:

Oprócz wierszyków i piosenek z przedszkola, dzieci przynoszą czasem cudze ubrania (–> dzień trzeci), a czasem jakiegoś wirusa. No i właśnie go przyniosła.

 

Chcesz więcej? Kliknij tutaj:

Adaptacja w przedszkolu i żłobku naszych starszaków –  spoiler: dużo o tym, jak matka płakała za swoimi dziećmi, a one miały ją w nosie.

Nie pytaj dziecka, co jadło w przedszkolu! – o tym, że czasami w przedszkolu dają do jedzenia pierogi z kupą.

Niania, babcia czy żłobek? Z kim zostawić dziecko, gdy wracasz do pracy – o wadach i zaletach każdego z rozwiązań.

Jak wybrać przedszkole? – moja osobista checklista.