Matko idealna, wyluzuj!

odpoczynek-radość-macierzynstwa

Od zawsze miałam zadatki na Perfekcyjną Panią Domu. Uwielbiałam prać, gotować i sprzątać. Zaczytywałam się w poradnikach o prowadzeniu domu, robieniu porządków i usuwaniu najróżniejszych plam. Chętnie sięgałam po stare książki kucharskie, szukając w nich nie przepisów, ale porad odnośnie urządzania kuchni i organizacji pracy. Jako prezent dostałam od koleżanek ze studiów poradnik Perfekcyjnej i… przepadłam!

Taka byłam od zawsze, a potem… Potem wyszłam za mąż, urodziłam dziecko i mój świat stanął na głowie.

W domu zapanował chaos, którego ogarnięcie przychodziło mi z wielkim trudem. Nie był to bynajmniej efekt depresji, choć chwilami miałam ochotę wyć, patrząc na to jak wyglada nasze mieszkanie: brudne pieluchy wywalające się z kosza, pranie nie mieszczące się w koszu na bieliznę, naczynia czekające od kilku dni na swoją kolejkę – to tylko początek. Najgorszy był brak obiadu, nieodkurzona podłoga (o czym dobitnie przypominała mi psia sierść kłębiąca się w każdym kącie) i wiecznie rozłożna suszarka na pranie.

Padnę, ale posprzątam!

Co z tego, że dziecko zasypiało o 19 i spało do 7 rano, kiedy ja albo podałam na twarz równo z nim albo popadałam w rozpacz widząc jak wygląda moje życie. Ostatkiem sił brałam się za sprzątanie. Około północy puszczałam pranie w pralce, kończyłam zmywanie i porządkowanie rzeczy rozwalonych po całym mieszkaniu. Mąż patrzył na mnie jak na wariatkę, która tyra do późnej nocy zamiast odpocząć. Wiedziałam jednak doskonale, że jeśli wstanę rano i zobaczę ten syf, to będę niczym rozwścieczona samica Triceratopsa.

Awantura nieustannie wisiała w powietrzu. Ja byłam głodna, zła i zmęczona. Mój mąż był głodny, zdezorientowany i nie miał ochoty po pracy wysłuchiwać mojego nieustannego narzekania. Jego obietnice pomocy kończyły się tym, że ja dokańczałam i poprawiałam wszystko co zrobił, a on się obrażał. Nie potrafiłam znieść widoku dwóch nieumytych kubków, które rzekomo nie mieściły się na suszarce do naczyń. On uważał, że ja przesadzam, a ja się wściekałam. Jeśli już coś robił, to chciałam, aby zrobił to dobrze od początku do końca, a nie po swojemu (szybko i bylejak). Błyskawicznie wybuchała kolejna awantura. Foch gonił foch, atmosfera gęstniała, a ja miałam ochotę uciekać na Księżyc.

Podejrzewam, że mój mąż też miał tego wszystkiego dość. Patrzyłam z zazdrością jak wychodzi do pracy, zamykając za sobą drzwi i zostawiając mnie samą z dzieckiem, pogrążoną w totalnym chaosie.

Sztuka stopniowego odpuszczania

Dopiero gdzieś w okolicy narodzin drugiego dziecka odkryłam gdzie tkwił mój błąd: za bardzo się wszystkim przejmowałam! Od tej chwili zmiany w moim nastawieniu następowały powoli, ale sukcesywnie.

Najpierw odpuściłam samodzielne lepienie pierogów. Po jakimś czasie przestałam co kilka dni odkurzać i myć listwy przy podłodze, uznając, że wystarczy to zrobić raz na jakiś czas. Przestałam zaglądać pod szafę, żeby się nie denerwować ilością zalegającego tam kurzu. Zrozumiałam, że plamy z marchewki na bluzce zejdą dopiero przy którymś tam praniu i przestałam odkładać poplamione rzeczy z powrotem do prania. Zamiast typowego, dwudaniowego obiadu ugotowałam szybkie danie z makaronu, a kolejnego dnia dałam mężowi dokładne instrukcje jak zrobić kopytka. I kompletnie nie przejęłam się, kiedy cała mąka ze stolnicy wylądowała niespodziewanie na jego czarnych spodniach.

Nauczyłam się odpuszczać mniej ważne rzeczy, robić tylko te najważniejsze i całą swoją energię pod koniec dnia poświęcać na odpoczynek.

Kładłam się z dzieckiem do spania, przytulałam jego maleńkie ciałko i odurzałam się jego zapachem. Z całych sił starałam zatrzymać moje myśli przy sobie. Dałam sobie zakaz planowania jak najefektywniej wykorzystać drzemkę malucha na ogarnięcie domu. Żadnego rozglądania się po kątach i wypatrywania brudu. To był mój czas na regenerację i zebranie sił, a nie na przelot na szmacie z wywalonym jęzorem.

Radość z macierzyństwa

Paradoksalnie, zajmowanie się dwójką dzieci przyszło mi o wiele łatwiej niż jednym. Odkąd postawiłam na odpoczynek zamiast pedanterii, stałam się mniej nerwowa i o wiele bardziej zrelaksowana. Znowu zaczęłam się cieszyć promieniami słońca, deszczem i widokiem świerków za kuchennym oknem. Polubiłam smak kawy, poznałam kilka nowych przepisów na szybki obiad z makaronu i zaprzyjaźniłam się z panią sprzedającą najlepsze ruskie pierogi w naszej okolicy. Wyrzuty sumienia z powodu kupowania gotowych pierogów zagłuszyłam tym, że robię to nie dla siebie tylko dla mojego męża. Nie z lenistwa, ale po to, żeby mu sprawić przyjemność ;)

Najważniejsze jednak było to, że nareszcie miałam czas na zabawę z synem i długie spacery, które dostarczały mi mnóstwa energii. Łapałam garściami wiosenne promienie słońca, skakałam po kałużach i po prostu cieszyłam się macierzyństwem.

Nowy dom i nowe wyzwanie

Teraz stoję przed kolejnym egzaminem z wrzucania na luz.

Mieszkamy w nowym domu z pięknymi białymi ścianami i tysiącem odbitych łapek, które niemiłosiernie kłują mnie w oczy. Jak mantrę powtarzam sobie, że dom to przestrzeń do życia i zabawy, a nie do nieustannego sprzątania. Po miesiącu maniakalnego wycierania gąbką plam na ścianie odkryłam nowy sposób na czarne łapy zostawione tu i ówdzie przez moje dzieci: wystarczy przesunąć o kilkanaście centymetrów kwiatka i zasłonić nim brudne ślady rączek. A zaraz potem zamknąć oczy, wziąć głęboki oddech i setny raz tego samego dnia powiedzieć sobie na głos:

Dom to miejsce do życia i zabawy, nie do sprzątania!

Wyluzowałam i dobrze mi z tym. Wyluzowałam i wreszcie mam siłę cieszyć się życiem. I Tobie też to polecam ;)

Czy ten artykuł był pomocny?

Przepraszamy.

Jak możemy poprawić artykuł?

Dziękujemy za przesłanie opinii.