Sekretne życie fasoli, czyli jak zostałam okrzyknięta nudziarą

Zdalna edukacja to nie tylko długie maile z listą zadań do wykonania i lekcje na skype. To także przeprowadzanie w domu doświadczeń, które normalnie byłyby wykonywane w szkole bez udziału rodzica. My w tym tygodniu mamy do wykonania eksperyment przyrodniczy. Jaram się tym zadaniem jak odwłok świetlika w noc świętojańską, ale w ramach zasady “Ucz, ale nie wyręczaj!” staram się okiełznać mój nadmierny entuzjazm i chęć wykonania wszystkiego samodzielnie.

liscie-fasoli-na-dloni

Proszę Państwa, ten arcyciekawy* projekt to… <ta-dam!> hodowla fasoli!

*bez ironii!

Zakładamy hodowlę fasoli

Mati czyta opis w jaki sposób ma przygotować doświadczenie i nic nie rozumie. Ja nie rozumiem czego on nie rozumie (ulubione powiedzenie mojej mamy za moich szkolnych lat), ale szanuję to, że szczerze okazał swoje zagubienie. Przy piątym czytaniu, kiedy złość i rozpacz szarpią nim w różne strony, nie wytrzymuję. Idę do kuchni, nakładam na słoik kawałek tetrowej pieluchy, na słoik zakładam gumkę przytrzymującą pieluchę, nalewam wody, wrzucam fasolki i rzucam wściekłe „już!”.

Z jednej strony nawet mu współczuję. Wiele razy na studiach byłam w podobnej sytuacji, gdy instrukcja napisana do doświadczenia była dla mnie kompletnie niezrozumiała, a opisane w niej nałożenie gazy (pieluchy) na słoik z wodą było kompletnie niezrozumiałe. Moja cierpliwość ma jednak swoje granice i musiałam mu to jakoś wytłumaczyć. No, a jak mogłam to zrobić skoro słowami nie docierało? No przecież tylko pokazując!

Zapisujemy obserwacje

– Bo Ty mu folgujesz! – rzucił podczas dość głośnej dyskusji na temat obserwacji fasoli mój mąż.
– Ja? Folguję?! Chyba nie wiesz co znaczy to słowo! – wściekłam się nie na żarty.
– A co to było jak kazałem mu opisać kolor fasolki, a ty powiedziałaś, że nie trzeba? Miał puste 3 linijki!
– No i dobrze! Kolor, na którym ci tak zależy, mógł zaznaczyć na rysunku pomocniczym. A w te puste linijki trzeba było kazać mu wpisać temperaturę i jeszcze to czy fasola wydaje jakieś odgłosy!!!!! – odgryzłam się wściekle.

Tak mniej więcej wyglądały nasze „rozmowy” nad tą nieszczęsną fasolą. Kłóciliśmy się zażarcie, a Mati siedział i beczał, bo nie rozumiał dlaczego w ogóle ma cokolwiek opisywać. Bo przecież wszystko widać… Bo przecież nie ma tu nic ciekawego…

Widząc kompletny brak zrozumienia sensu tego doświadczenia, postanowiłam go nieco nakierować na ISTOTNE obserwacje. I wnioski, bo same obserwacje fasoli to faktycznie trochę bez sensu.

– Mati, ta fasolka wygląda rzeczywiście prawie tak samo jak na początku, ale… Zobacz tutaj! Wypuściła korzonek. Ten korzonek idzie w dół, widzisz to?
– Taaa… bardzo ciekawe.

– Mati, twoja fasolka sięga już do wody. Przebiła gazę i pije wodę prosto ze słoika!
– Aha, faktycznie…

– Mati, a widzisz te… wąsy od korzenia?
– To co mam napisać? Że korzeń fasoli ma wąsy? – pyta niewzruszony mój syn. Ten, którego nosiłam pod sercem robiąc eksperymenty do pracy dyplomowej z odporności roślin na suszę.

Ledwie nadążamy za tą szaloną fasolą

W sobotę rano, jak co dzień przy śniadaniu, spoglądam na naszą fasolę. Wygląda tak samo jak poprzedniego dnia. Może tylko korzeń ma więcej wąsów.

Trzy godziny później wracam z zakupów. Stawiając siaty na blacie znowu rzucam okiem na fasolę. Ledwo ją poznaję.

– Mati, Mati! Chodź tu szybko!!!!!!
– Co się stało?
– Patrz! Fasolka ma liście!
– No ma.
– Idź szybko po zeszyt i zapisz obserwacje.
– Dooobraaa…

Poszedł. Zapisał. A ja cyknęłam szybko fotkę i wysłałam do koleżanki, która obdarowała mnie tymi fasolkami.

Mijają dwie godziny. Przejęta idę do kuchni doglądnąć mojego fasolowego dziecka. Patrzę i nie wierzę. Fasola rośnie w oczach! Aaaaaaaaa Matiego nie ma w domu!!!!!!!!!! Poszedł na rower. Robię zdjęcie, żeby mógł zobaczyć ten etap, bo obawiam się, że jak wróci, to fasola będzie już całkiem wyrośniętą rośliną.

Fasola w ciągu 24h przeskoczyła 4 etapy rozwoju, które mieliśmy uchwycić w dzienniku obserwacji. Na podstawie zdjęć z telefonu uzupełniamy godziny obserwacji.
– To wszystko? – pyta Mati.
– Będzie wszystko, jak powiesz mi czego się nauczyłeś i co było ważne w tym doświadczeniu.
– Najpierw nic się nie dzieje, potem wyrasta korzeń, fasola pije wodę, wyrastają jej w środku liście, potem fasola pęka i liście wychodzą na zewnątrz – wymienia śmiertelnie znudzony Mati, przewracając teatralnie oczami.
– Czekaj, coś ci tu jeszcze pokażę – sięgam na dawno nieruszaną półkę z książkami ze studiów – była tu taka książka o rozmnażaniu roślin. O, mam!

Tryumfalnie otwieram książkę na budowie zarodków fasoli. Pokazuję mu, że fasola ma dwa liścienie i dlatego te „listki”, które nam wyrosły były dwa.

– Spójrz na ten rysunek. Fasola należy do roślin dwuliściennych. To znaczy, że te niby listki w takiej maciupkiej roślince-dzidziusiu są dwa, a nie że cała dorosła roślina ma tylko dwa liście.

Moje dziecię patrzy na mnie wzrokiem mojego kolegi, z którym siedziałam w ławce na ćwiczeniach z anatomii roślin. Tym wzrokiem, który mówił „po jaką cholerę się tego uczymy?”. Wspomnienia wracają, a ja opowiadam mu jak na studiach całymi dniami (tak naprawdę to godzinami) hodowaliśmy takie fasolki (i inne nasionka), oglądaliśmy je pod mikroskopem, a potem rysowaliśmy w zeszytach…

Wnioski

Moje trzydziestoparoletnie serce rośnie ze szczęścia na wspomnienie słodowania jęczmienia, hodowania roślin w szklanych zlewkach i rysowaniu przekroju korzenia marchwi. Czuję, że tym doświadczeniem dotykam najskrytszych sekretów fasoli. Tajemnicy jej życia.

W tym czasie moje dziewięcioletnie serce zwisa z fotela głową w dół i najzwyczajniej w świecie umiera z nudów.

Czego się dowiedział z tego doświadczenia? Tego, że jego mama jest okropną nudziarą!

kobieta-z-fasola-w-donicy