A Ty znowu jesteś zmęczona???

zmeczona-mama-lez-na-kanapie-dziecko-wspina-sie-na-nia

A Ty znowu jesteś zmęczona? Po czym? Cóż Ty takiego zrobiłaś? Obiad?! I to jeszcze bez zupy?! Mąż ci dzieci poodwoził do szkół i przedszkoli, psa przespacerował… – mówię SOBIE, żeby się zmotywować do pozbierania ze stołu brygady plastikowych pionków do gry. Tych, które od trzech dni zajmują pół stołu. Tych samych, których posprzątania nie mogę się doprosić od dwóch dni.

Nie mam jednak siły.

Mam wrażenie, że stan braku energii trwa u mnie bez przerwy od kilku lat i absolutnie nie ma powodu, żeby się on w ogóle pojawiał. Złoszczę się na siebie za moje ciągłe zmęczenie. Za ślamazarność w ogarnianiu domu i spraw bieżących. Za to, że jak ogarnę jedną łazienkę, to drugiej w drugiej nadal zalega sterta prania, a już nie mam siły jej sprzątnąć. A potem przychodzi mój mąż i zaczyna wyliczać rzeczy, które wysysają z niego energię.

I wiesz co? Dociera do mnie, że przeżyłam dokładnie to samo co on. Że mnie też mycie kubka zajęło całe 5 minut, bo:

  1. Aaaaaa, ona mnie bije!
  2. No, rzuć piłeczkę kochanemu pieskowi, hau hau!
  3. Spójrz, przykleiłam się do twojej nogi.
  4. Gdzie do cholery znowu podziała się gąbka?!

Dociera do mnie, że od chwili kiedy postawiłam wodę na kawę do momentu kiedy wreszcie mogłam zalać kubek (nie mówiąc już o napiciu się jej) trzy razy uratowałam dom przed zalaniem, dwa razy ustrzegłam dzieci przed powybijaniem sobie zębów, raz schowałam mleko i płatki ze śniadania. I całe, okrągłe zero razy sobie usiadłam. ⁠

Tyle, że ja przyjmuję to za normę, za stan w którym przyszło mi funkcjonować na pełnych, codziennie jeszcze pełniejszych obrotach. Tyle, że ja wymagam od siebie coraz więcej i więcej, nie dając sobie przyzwolenia na odpoczynek.

I wtedy do mnie dociera, że to nic dziwnego, że nie mam już siły.⁠

A przecież jestem rodzicem. Mam prawo być zmęczona. I Ty też je masz. Bądźmy dla siebie wyrozumiałe. I wyrozumiali😉 ⁠

masz-czasem-tak-ze-budzisz-sie-zmeczona-po-nocy-tak-codziennie-odkad-mam-dzieci