Poród martwego dziecka boli bardziej

Wychowałam się w domu, gdzie od zawsze można było się natknąć na medyczne książki z takimi obrazkami chorych dzieci, jakimi teraz uświadamia się pro-liferów, czym są wady letalne.

Gdy jako sześcio- czy siedmiolatka chciałam zobaczyć dzidziusia w książce (przypominam, że internetu wtedy nie było), to wybierałam zdjęcie tego z ospą. Podobał mi się, bo był zwyczajny. Miał śmieszne kropki, ale poza tym był zupełnie normalny. Moim drugim ulubieńcem był bezmózgowiec, bo miał na zdjęciu ładny sweterek. Już wtedy mama wyjaśniła mi, że człowiek, który się urodziło bez mózgu umiera krótko po porodzie. Że nie ma szans na przeżycie nawet kilku tygodni. W zasadzie wszystkie dzieci z tamtej książki umierały krótko po przyjściu na świat albo były głęboko upośledzone. Bo o tym była ta książka.

Kilka lat później w telewizji leciał film dokumentalny o porodówce. Do dziś pamiętam scenę, w której kobieta rodziła martwe dziecko. Półmrok w pokoju. Kobieta ze łzami w oczach prze, położna ją motywuje do wysiłku. Mąż wspierający żonę po porodzie. Tulący jej głowę. Łzy. I ta cisza. Nie było krzyku. Były łzy i taki niepokojący spokój.

porod-martwego-dziecka-boli-tak-samo

Mam za sobą trzy porody. Trzy razy urodziłam zdrowe, żywe dzieci. Za każdym razem miałam w miarę szybki i łatwy poród, ale i tak wspominam je jako najgorsze chwile mojego życia. Chwile, kiedy przez ból traciłam kontakt z rzeczywistością i nie kontrolowałam tego, co się ze mną działo. Koszmar pierwszego porodu nawiedzał mnie przez następne pół roku. A przecież nic złego się nie stało – wszystko skończyło się dobrze, rodziłam ze znanymi mi dobrze lekarzami i położną. Jednak było to na tyle silne przeżycie, że zamykając wieczorem oczy nie mogłam pozbyć się tamtych wspomnień. W nagrodę za tamte minuty najgorszego bólu w życiu dostałam do przytulenia moje zdrowe i śliczne (o ile noworodek może być śliczny) dziecko. Dziecko, które dorasta na moich oczach. Przeżywa swoje smutki i radości. Od pierwszych chwil życia nawiązuje ze mną kontakt.

Poród martwego albo śmiertelnie chorego dziecka na poziomie fizycznym boli tak samo – skurcze zapierają dech, ciało ogarnia niewyobrażalny ból, a parcie jest tak samo dużym wysiłkiem. Psychicznie taki poród boli bardziej, bo pierwsze spotkanie jest zarazem tym ostatnim.

Noworodek nie patrzy na mamę. Nie manifestuje swojej obecności krzykiem. Nie zasysa z całej siły jej piersi.

Jeśli dziecko żyje, to najpewniej leży w inkubatorze podpięte do aparatury i choć wiadomo, że nigdy stamtąd nie wyjdzie, to lekarze robią, co mogą by podtrzymać ten wątły płomień życia. Być może  ma równie dziwny i przerażający wygląd jak dzidziusie z książki, którą oglądałam w dzieciństwie.

Matka takiego dziecka zostaje z raną po porodzie, z niepotrzebnym nikomu mlekiem w piersiach i hormonalną huśtawką emocjonalną, typową dla połogu. Tylko że… jej organizm przecież nie wie, że dziecka nie ma. Że było zbyt chore, by mogło żyć poza jej organizmem.

O tym Wie doskonale jej serce.

Po urodzeniu martwego albo śmiertelnie chorego dziecka boli obkurczająca się macica i ściśnięte z bólu serce matki. Krwawią. Jedno dosłownie, drugie w przenośni.

Czy naprawdę jest to konieczne? Czy naprawdę każda kobieta, która nosi w sobie płód obarczony letalną wadą musi przejść przez całą ciążę i poród? Czy naprawdę musimy wymuszać na niej ten akt bohaterstwa zmianami w prawie?

Nie musimy.