Co u Tygrysiaków w domu piszczy…

pogaduchy przy herbacie
Właśnie przeżywamy jeden z bardziej napiętych okresów w naszym tygrysiakowym życiu, co niestety odbija się negatywnie na prowadzeniu bloga. Przerwa w nadawaniu regularnych, dopracowanych postów jest na szczęście tylko chwilowa.

Początek października zdominował remont sypialniano-gościnno-biurowego pomieszczenia w naszym mieszkaniu czyli dużego pokoju. Mimo goniącego nas czasu, zmęczenia i kompletnej dezorganizacji naszego życia i ładu obyło się bez awantur. Malowanie poszło gładko, wyszło ładnie, ale efekty będą widoczne na zdjęciach dopiero jak wrócimy do normalnego trybu życia, bo na remoncie mieszkania nie koniec.

Zaraz po zakończeniu malowania rozpoczął się remont naszego zdrowia czyli… zaczęliśmy z Matim codzienne wizyty w podziemnym uzdrowisku w Wieliczce stonaście metrów pod ziemią (dokładnie to 135m, ale dla Matiego sto naście to koniec skali).  Codzienne pobyty w kopalni mają uzdrowić nasze wiecznie chore zatoki, a na dodatek przepędzić alergie i astmę.

Ambulatoryjne leczenie uzdrowiskowe w Kopalni Soli, bo tak właśnie brzmi fachowa nazwa tej naszej codziennej rozrywki, pochłania nam większą część dnia, a gdy już wrócimy, to… nie mam na nic siły. Pranie leży więc odłogiem, żywimy się kanapkami i tym, co TT nam ugotuje. Muszę tu przyznać, że TT stara się jak umie, dziś nawet upiekł murzynka, więc jest duża szansa, że do końca miesiąca i naszego leczenia jakoś przetrwamy, a mój mąż stanie się pełnoetatową kurą domową czy też femme au foyer jak mawiają Francuzi.

Na zdjęcia i wrażenia z pobytu pod ziemią będzie niestety jeszcze trochę poczekać, bo poza sobotą nie ma tam raczej dogodnych warunków do robienia zdjęć z powodu tłumu kuracjuszy. Drepczę więc po uzdrowiskowej części kopalni soli albo pedałuję zawzięcie na rowerku i rozglądam się za najlepszymi kadrami, zbieram wspomnienia i robię w myślach notatki do postów. Niestety w kopalni nie działa Internet i jedyny sposób na zrobienie sensownych notatek to pisanie ich ręcznie na kolanie albo notowanie w pamięci…

Blogowanie w myślach bez dostępu do Internetu, Evernote’a i social mediów, prowadzenie niekończących się rozmów z ludźmi mającymi takie jak ja problemy zdrowotne oraz dzieci w podobnym wieku to naprawdę ekscytujące przeżycie. Szczególnie, że już pierwszego dnia spotkałam moją dawną koleżankę z którą od kilku lat rozmawiam prawie wyłącznie podczas przelotnych spotkań na ulicy.

Nawet rzekomo najbardziej ekscytujące wydarzenie w dziejach świata czyli wizyty ekip telewizyjnych TVP1 i TVPinfo, kręcące nas podczas wykonywania ćwiczeń nie przebiją przyjemności odbywania tych ciągłych rozmów. Wiecie, przychodzi ekipa, godzinę ustawia światło, nie dopuszcza nas do stolików żeby dzieci mogły w spokoju zjeść obiad i wypytuje o jakieś tam leczenie, ćwiczenia, poprawę zdrowia itp. A my tu właśnie jesteśmy nie dość, że jesteśmy w trakcie jedzenia, ubrane w brudne z kopalnianego pyłu dresy, to jeszcze koleżanka nie zdążyła przez to całe telewizyjne zamieszanie opowiedzieć do końca romantycznej historii swoich zaręczyn. Tak, tak… typowo babskie tematy. Mało telewizyjne, ale za to ekscytujące dla każdej kobiety.

Mnie na szczęście nikt nie chciał kręcić, a jak się pokazali z kamerą, to się nie zgodziłam na upublicznianie wizerunku. Połamane ruchy, kompletny brak koordynacji ruchów i mój cierpiętniczy wyraz twarzy podczas aerobiku wprawiają moją koleżankę w wyśmienity nastrój (rechocze tak, że chwilami nie może ćwiczyć), ale obawiam się, że popsułyby każdy materiał filmowy i nie byłoby czego pokazać telewizji. Kto chodził ze mną na w-f, ten wie o co mam na myśli ;)

Więcej na temat kuracji w kopalni będzie niebawem czyli jak tylko zbiorę siły i myśli do opisania naszego pobytu i tych wszystkich solnych cudowności, które tam oglądamy.