Błagam, nie mówcie do mnie “mamo”!

troje-rozrabiaków

Dziećmi i mężem to się nie ma co chwalić – mawiała dawno temu moja sąsiadka. I wiecie co? Miała rację!

Dzień jak co dzień. Mati odrabia lekcje, a Gaba z Nelą drą się wniebogłosy. W końcu przybiega do mnie zapłakana Nela i żali się, że Gaba znowu wyrwała jej konika. Krzyczy, że on jest jej, co znaczy mniej więcej tyle, że bardzo się jej podoba i nie zamierza go oddać siostrze. Będzie walczyć do upadłego.

Mam dość. Pójdę i kupię im drugiego cholernego konika, żeby tylko choć na chwilę przestały się drzeć – myślę wkurzona.

Błyskawicznie pakuję portfel do plecaka, zakładam buty, sprawdzam czy mam maseczkę i jestem gotowa do wyjścia. Starszaki też chcą, a Neli przecież samej nie zostawię, bo będzie ojcu marudzić. Tak więc ostatecznie wychodzę na zakupy z całą trójką.

– Och, jaka ja jestem zorganizowana. Wyszłam do sklepu w mniej niż 4 minuty! – gratuluję sobie samej, puchnąc z dumy.

Idziemy przez osiedle i rozmawiamy o tym co kupimy, o tym jak przebiega remont nowego pokoju Matiego. Wspominamy jak dzień wcześniej byliśmy w sklepie budowlanym i dopiero pod koniec zakupów zauważyłam, że Gaba ma na nogach dwa różne buty. Dzisiaj też ma dwa różne, ale na szczęście udało mi się ją namówić na dwa sandały. A to wszystko w mniej niż 4 minuty!

– Prawda, że wygodniej się idzie mając na nogach dwa różne sandały niż jednego sandałka i adidasa? – pytam Gabę, wmawiając sobie się, że dziewczynka w jaskraworóżowym sportowym sandałku na jednej nodze i drugim brązowym po starszym bracie, mniej się rzuca w oczy przechodniom niż w różowym adidasku i brązowym sandale.

Dochodzimy do rynku, a ja przypominam sobie słowa tęgich głów, ekspertów od psychologii dziecięcej, którzy mówią: „pozwalaj na wszystko, dopóki to nie rani innych i nie zagraża bezpieczeństwu!”. Idę i gratuluję sobie tego, jaka to ze mnie wyluzowana i tolerancyjna matka.

Ależ proszę Państwa, oczywiście że zauważyłam dwa różne buty na stopach mojej córki. Ale co to komu szkodzi? Jak tak chce, to niech tak nosi. Może wyrośnie z niej kiedyś projektantka mody??? Druga Dolce&GABAna? – układam w głowie moją odpowiedź na wypadek, jakby ktoś nas zaczepił i ośmielił się skomentować obuwie mojej latorośli.

Nagle zerkam na Matiego i widzę dwie duże plamy na jego ubraniu. Jedna na koszulce, druga na samym przodzie krótkich, obszarpanych spodenek dresowych (które kiedyś były długie, ale je obcięłam, bo miały dziury na kolanach).

No pięknie! Chłopiec w brudnej bluzce i brudnych, obszarpanych dresach idzie obok swojej siostry obutej w dwa różne sandały – moja pewność siebie i duma z szybkiego wyszykowania siebie i dzieci powoli znika. Dosłownie słyszę jak uchodzi ze mnie niczym powietrze z dziurawego balonika.

– Mati, masz poplamione ubranie. Nie widziałeś tego przed wyjściem z domu? – pytam słabo.

Mati zerka na siebie i zanim zdąży cokolwiek odpowiedzieć, odzywa się Nela.

– A ja mam dziurę w spodniach! – woła radośnie, jakby wygrała właśnie w konkursie na to, które z całej trójki rodzeństwa wygląda na bardziej zaniedbane dziecko.

Faktycznie. Ma dziurę na kolanie. I to całkiem sporą. Palca bym mogła w nią włożyć. Odwracam od tej dziury wzrok, bo czuję, że pusty pojemnik po ulotnionej dumie napełnia się poczuciem obciachu.

Spoglądam na jej głowę, a tam… guma we włosach!

Nie, no… jedno w poplamionym ubraniu, drugie w różnych butach, a trzecie z dziurą na kolanie i gumą we włosach. Aleś się, kobito, wybrała na zakupy!

Aż mi się słabo robi. Przypominam sobie słowa mojej mamy, którymi komentowała moje szalone pomysły na supermodne stylówki i mam już gotowe wyjście z tej krępującej dla mnie sytuacji.

– Nie mówcie do mnie „mamo”, dobra? – proszę. Błagam.
– Dobra, a jak mamy mówić? Babciu? Wujku? – dzieciaki w lot pojęły żart i nawet im się spodobał.
– Nie wiem… Jakkolwiek. Tak, byleby nikt nie pomyślał, że mam coś wspólnego z tym jak wy wszyscy wyglądacie. Może odsuńcie się trochę od tego wózka?

W chwili, kiedy to powiedziałam, uświadomiłam sobie, że choćby nie wiem co, to i tak się ich nie wyprę. Cała trójka jest do mnie podobna. Poza tym przecież pcham wózek, w którym siedzi Nela z wielką dziurą na kolanie i gumą we włosach. A Nela wygląda jak kopia Gaby w jej wieku.

– Nie przejmuj się, CIOCIU. Gumę można usunąć masłem orzechowym, wiesz? – mówi mój mocno rozbawiony syn i wybucha śmiechem.

Kochany mój, zawsze mogę na niego liczyć ❤️