Edukacja zdalna w praktyce

zdalna-edukacja-koronawirus

Kiedy ponad miesiąc temu zamykano szkoły rodzice podzielili się na dwie grupy. Tych przerażonych, którzy mieli nadzieję, że za dwa tygodnie wszystko wróci do normy i tych pozytywnie nastawionych, którzy myśleli, że od teraz wszystkie polskie dzieci będą objęte domową edukacją.

Obie te grupy były w błędzie. Szkoły są zamknięte od ponad miesiąca i nie wiadomo, kiedy zostaną ponownie otwarte. Zdalna nauka, która odbywa się w naszych domach ma niewiele wspólnego z domową edukacją. Nie jest niczyim wyborem, nie wynika z osobistych przekonań czy stylu życia. Jest po prostu kolejnym obciążeniem dla rodzica. Narodowa domowa edukacja ma bowiem o wiele więcej wspólnego z rodzinnym odrabianiem zadań domowych niż poznawaniem świata na własnych zasadach.

Mimo szczerych chęci, aby szkoła w domu była dla dzieci przyjemnością, często przegrywają one w starciu z nadmiarem obowiązków. Dzielnie opieramy się dwóch skrajnym pokusom: pokusie olania tego, co zadane (choć wiemy, że nic nie mogliby nam za to zrobić) i pokusie zrobienia wszystkiego za dzieci, byleby mieć święty spokój. Jak silne są to pokusy, wiedzą ci, którzy ukojenia skołatanych nerwów szukają w kolorowaniu obrazków albo ćwiczeniu kaligrafii i zazdrośnie zerkają na karty pracy swoich latorośli.

Jest takie chińskie przysłowie-przekleństwo „A żebyś cudze dzieci uczył!”. Okazuje się jednak, że uczenie własnych dzieci też nie należy do przyjemności. Dlatego też, na poprawę humoru, zebrałam kilka zabawnych sytuacji, które się nam przytrafiły.

zdalna-edukacja-w-praktyce

Edukacja zdalna w XXI wieku czyli… ważenie na papierze

Temat: Obliczenia wagowe.

W podręczniku mamy rysunek wagi szalkowej i odważników do niej. Z braku takiej wagi w domu ważymy wszystko na papierze. Jak bezsensowne jest to zadanie zrozumie tylko ten, kto próbował wytłumaczyć dziecku jak się zapina guziki na podstawie rysunku w książce. No, ale trudno. Tłumaczę Matiemu, że korona–nauczanie to sytuacja wyjątkowa, więc trzeba się dostosować i działać na tym, co mamy pod ręką.

Za nic w świecie nie umiem mu jednak wytłumaczyć dlaczego ma się uczyć jak działa taka archaiczna waga i dlaczego używa się do niej od dawna nieużywanej jednostki „dag”?

Sami powiedzcie, kto poza sprzedawcą wędlin, używa jeszcze tej jednostki???

Zadanie dla (rodziców) drugoklasistów

– Tato, bo mama nie umie rozwiązać zadania z matematyki. Pomożesz?
– Pomogę. Do tej pory myślałem, że sytuacje kiedy rodzice nie są w stanie rozwiązać zadania na poziomie drugiej klasy to jakaś legenda… – szydzi ze mnie mąż.

5 minut później…

– Dobra, to jest trudniejsze niż myślałem.

10 minut później…

– Mam! Ale podpowiem wam tylko jedną część, a resztę wymyślcie sami – powiedział na odchodnym mój genialny mąż i wrócił do pracy.

W końcu i ja wymyśliłam. Problem w tym, że to zadanie nawet nie było trudne. Ono było z tych, gdzie albo od razu przypadkiem wpadniesz na rozwiązanie albo będziesz sprawdzać przez dwie godziny wszystkie możliwe warianty, kombinacje, permutacje i nie wiadomo co jeszcze. Tylko po to, żeby się przekonać, że do rozwiązania doprowadzi cię jedynie ślepy los.

Za rozwiązywanie takich zadań rodzice powinni dostawać szóstki. Z cierpliwości i determinacji, nie z matematyki.

Mixer językowy

Mati siada do lekcji, a ja do zadania z niemieckiego. Niech chłopak wie, że nie on jeden w tym domu musi się czegoś uczyć, a mój cotygodniowy niemiecki to nie jakieś tam spotkania towarzyskie, ale poważna nauka języka.

– Mamo, mamy coś słodkiego?
– Mamy… Ale jeśli jesteś głodny, to zrobię obiad.

Oczywiście, że jest głodny. W tym domu wszyscy zawsze są głodni. Głodni jedzenia, nie wiedzy. Nie wiem nawet po co pytałam.

– Jakbym nie zapytała, to miałabym zrobione zadanie – wołam do moich głodomorów po niemiecku, ale i tak nic z tego nie rozumieją.

Po obiedzie znowu siadamy do polsko-niemieckich lekcji. Na tapecie tym razem rz po spółgłoskach.

Jedną półkulą mózgu tworzę po niemiecku zdania typu: „Ta wycieczka była zbyt męcząca, żebyśmy mieli potem ochotę na tańce”, a drugą półkulą wspieram Matiego w poznawaniu zasad ojczystej ortografii. Wymyślam genialne zdanie naszpikowane rz po spółgłoskach (Niegrzeczny brzdąc Przemysław wrzucił brzytwę do pieprzniczki) i czuję, że mój mózg lada chwila eksploduje.

Nie wiem jak inne mamy ogarniają lekcje z dzieckiem (albo dziećmi!) i jeszcze robią do tego swoją zdalną robotę, nie doznając przy tym rozdwojenia jaźni. Szacun, kobitki!

Pora na angielski…

– Was bedeutet “lake”? – pytam na początek.

Mati milczy i patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. Nie zastanawia mnie jego mina, zastanawia mnie dlaczego lake jest napisane z małej litery. Przecież to rzeczownik, a rzeczowniki w języku niemieckim… Dobra, już wiem! Zmiksowały mi się języki.

Pokusa poprawiania nie do opanowania

Temat: Piszemy opowiadanie.

W ramach przyspieszenia pracy zaoferowałam, że spiszę wersję na brudno, którą Mati mi podyktuje. Jakoś nam to nie idzie. Pomysły młodego wymagają natychmiastowej korekty. Już biorę się za poprawianie zdania, którego on jeszcze nie wymyślił, gdy przychodzi opamiętanie. Podnoszę wzrok i spoglądam na moje dziecię. Siedzi na blacie w kuchni, zagryza kabanosa i z zadowoleniem macha nogami.

– Mati, to nie ma sensu. Lepiej napisz to z ojcem, bo ja się chyba za bardzo wczuwam, a ty sobie bimbasz.
– No, wczuwasz się co najmniej jakbyś to ty miała napisać to opowiadanie! – szczerość graniczącą z bezczelnością to mój syn ewidentnie odziedziczył po mamusi.

Przyszedł więc ojciec korektor. Ten, który poprawia każdy tekst opublikowany na tym blogu. Ten, który jest autorem większości nagłówków. Ten, który robi pogrubienia najważniejszych słów w tekstach i każde napisane przeze mnie zdanie rozbija na 3 krótsze. Ten, który z rozwagą dobiera każde słowo…

Po kwadransie ich wspólnego poprawiania postanowiłam się ewakuować. Kiedy wychodziłam z kuchni, ojciec korektor od 5 minut zastanawiał się czy zdanie lepiej zacząć od gdy czy od kiedy. Wyluzowany Mati huśtał się zaś na krześle, podgryzając kolejnego kabanosa.

Trzeba mieć niesamowicie dużo silnej woli, by nie poprawić dziecku absolutnie każdego słowa w wypracowaniu. A jeszcze więcej, żeby nie napisać go w całości za niego.

PS. Po kilku dniach wspólnego pisania opowiadań i streszczeń przeczytanych książek, dochodzę do wniosku, że nasze wysiłki nie idą na marne. Zdania tworzone samodzielnie przez Matiego coraz bardziej przypominają te, które sami byśmy napisali. Jest nadzieja, że kiedy przejdę na emeryturę, młody przejmie tworzenie tego bloga 😛

Matematyka wieku średniego

Temat: dodawanie i odejmowanie do 100.
Zadanie: Ile lat ma twoja ciocia?

– Mamo, ile lat ma ciocia?
– 36.
– A tata mówi, że 35.
– Niemożliwe.
– No, bo tata mówi, że on on skończył 35 lat w…
– To idź i powiedz ojcu, że ja mam 32, a ciocia jest 4 lata starsza ode mnie. I powiedz mu jeszcze, żeby się w końcu pogodził z tym, że sam nie ma 35 lat i jest aktualnie przed 40-tką!

Nie wiem, co ci autorzy podręczników mają w głowach… Najpierw sponiewierali nas arcytrudnym zadaniem, którego rozwiązanie zależało od szczęścia, potem kazali nam uczyć teorii obsługi przedpotopowej wagi szalkowej, a na sam koniec dokopali wypominając nam jacy starzy jesteśmy.



Na koniec dnia oglądam wywiad z minister Emilewicz, która mówi, że w tym roku szkolnym dzieci z pewnością nie wrócą do szkół. Niech nie wracają. Byleby wrócili we wrześniu, bo we wrześniu będę przerabiać materiał trzeciej i pierwszej klasy, bo obawiam się, że ogarnięcie dwóch klas równocześnie może być dla mnie za trudne.