Wielkanoc z dostawą pod płot

Tegoroczna Wielkanoc miała być taka jak zawsze: malowanie pisanek, święcenie pokarmów, spotkania ze znajomymi, świąteczne życzenia i uściski. W wielkanocnym pakiecie przewidziane było też rodzinne śniadanie, spacery do parku i na plac zabaw… W marcu jednak przyszła zaraza i wszystkie plany poszły się bujać na antypody.

Próbowałam ratować te święta. Próbowałam zadbać o to, żeby mimo wszystko było radosne i wyjątkowe. Poszukałam informacji o wielkanocnych zwyczajach w innych krajach i próbowałam je zaprowadzić w naszym domu. Skoro nie możemy świętować tak jak zawsze, to zrobimy chociaż coś innego, żeby przeżyć ten czas w wyjątkowy sposób.

Upiekłam więc ulubione ciasta dzieci. Przygotowałam sałatkę, której dawno nie robiłam. Wspólnymi siłami posprzątaliśmy dom. Cieszyliśmy się, że w tym roku unikniemy znienawidzonego stania w kolejkach do kasy i do spowiedzi. Mimo to Wielkanoc 2020 okazała się… z resztą sami zobaczcie.

O krok pisankowej od tragedii

Zaczęło się w Wielki Piątek od pisanek. Trudno byłoby wskazać winnego, bo każde z nas miało w tym swój udział. Na początek spaliłam jajka. Do teraz się zastanawiam jak można zepsuć gotowanie jaj? Oto jak: gotowałam je tak długo, że wygotowałam całą wodę. Przypomniałam sobie o nich dopiero jak skorupka jednego z jaj nie wytrzymała i pod wpływem ciepła wybuchła. Detonacja jajczanej bomby była zapowiedzią dlaszego wybuchowego malowania jaj.

Starszaki malowały farbami fantazyjne wzory na lekko zwęglonych jajkach. Nela poprawiała ich malunki swoimi kleksami. Każde po kolei. I każde po kolei było opłakiwane. Mało brakowało, a wybuchnęłabym jak to nieszczęsne jajko.

Zamiast mnie wybuchła jednak Gaba. Rozpłakała się, że nic jej nie wychodzi, Nela wszystko psuje, a jaja są popękane i w ogóle to wszystko jest beznadziejne, bo po co malować jajka, skoro i tak nie pójdziemy z nimi do święcenia.

Co tu dużo gadać? Miała rację. Malowanie jajek bez wyprawy z koszykiem do święcenia traci jakikolwiek sens.

Już miałam się rozpłakać razem z Gabą, kiedy usłyszałam głos Króla Juliana:

Słuchajcie, człowieki! Siedzieć należy w domu, by nie zagrażać już więcej nikomu. Bo nie wiadomo, co może się stać. Pamiętaj, to ważna jest rzecz – by dobro innych na uwadze mieć. Dwa metry odstępu, by nie siać zamętu. A kiedy kichasz, nosek zatykasz.

To nasi strażacy ochotnicy wpadli na pomysł umilenia dzieciom siedzenia w domu takim zabawnym komunikatem. Muszę przyznać, że Król Julian działa na dużych i małych. Duzi się śmieją, bo jak tu się nie śmiać słysząc taki monolog? Mali biegną do okien i płotów w nadziei, że uda się im zobaczyć ulubionego lemura. I tak Julian uratował nas przed odegraniem jeszcze większej dramy z powodu odwołania wyprawy z koszykiem.

Święconka od dilera? Proszę bardzo!

– Ania, wstawaj! Renia zaraz tu będzie i przywiezie nam święconkę – usłyszałam nad sobą słowa męża.
– Ale jak? Skąd? Jaką święconkę? – jego słowa docierały do mnie powoli. Baaaardzo powoli.
– Dzwoniła przed chwilą i pytała czy nam przywieźć, to się zgodziłem.

Aha… Gdzieś w odmętach pamięci błąka mi się myśl, że nasi ulubieni zakonnicy przygotowali mini święconki z jajkiem, kawałkiem chleba i kiełbasy. Wystawili je pod kaplicą i powiedzieli, że będzie można po nie przyjechać. Przez cały dzień. CAŁY dzień.

To dlaczego Renia wstała skoro świt pojechała po nie? Nie mam pojęcia. Może chciała uciec na chwilę do normalności? Tylko czy musiała pokrzyżować mi plany mojej ucieczki z domu? – tak rozmyślając narzucam sweter na piżamę i idę odebrać świąteczną paczkę od naszej wielkanocnej dilerki. Równocześnie zastanawiam się czy mąż mnie nie wkręca. Kilka miesięcy temu przecież mnie wkręcił. Stanął przed domem, zadzwonił do drzwi i zaczął śpiewać kolędę, udając ministrantów. Prawie dostałam zawału na myśl, że będę przyjmować księdza w piżamie.

Tym razem jednak surrealistyczna scena odegrała się naprawdę. Dilerka zostawiła święconkę na podjeździe, w połowie drogi między sobą i mną, po czym szybko się oddaliła. Nie chciała nawet napić się ze mną kawy na podjeździe, z zachowaniem bezpiecznej odległości.

Wchodząc do domu zobaczyłam przez okno czerwony wóz strażacki.

– Słuchajcie człowieki! – zaczął swoim zwyczajem Król Julian.
– Tak, wiemy… żadnej kawy, a kiedy kichasz, nosek zatykasz – dokończyłam wierszyk.

 dekoracje-wielkanocne-babka

Spór o tradycję

W tym roku jedynie tradycyjne śniadanie wielkanocne wyglądało w naszym domu tak, jak zawsze. Rodzice lekko poirytowani, krzątali się w kuchni. Dzieci siedziały przed telewizorem w piżamach. Na prośbę, żeby się ubrali zareagowali tradycyjnie po niedzielnemu. Jedno wskoczyło w dres, drugie stwierdziło, że zrobi to później, a trzecie… trzecie obróciło się na drugi bok w swoim łóżku i głośno ziewnęło.

Suuuuper. Świąteczny nastrój na całego. O tym właśnie marzyłam. Wzięłam głęboki oddech (bynajmniej nie w celu uspokojenia się, a dla wzmocnienia efektu) i przywołałam dzieciory do porządku przy pomocy najwyższego dostępnego mi poziomu decybeli.

Nie jestem z tego dumna, ale przynajmniej było to skuteczne. W kilka sekund ktoś przyniósł sztućce, ktoś inny dał sobie uczesać włosy, a ktoś jeszcze inny założył połatane dżinsy i halołinową koszulkę z nietoperzem.

– 1, 2, 3… a niech mu będzie! – mówię do siebie pod nosem. Mam w domu półdorosłego (bo 9-letniego) człowieka, który powoli zaczyna się zachowywać jak nastolatek. Myślałam, że trochę czasu minie, zanim mnie to spotka, ale cóż. Są przecież większe dramaty.

Na przykład popękane pisanki, które na bank wskrzeszą piątkową awanturę.

– Wiesz mamo, ja sobie wezmę to popękane jajko. Bo to nie ma znaczenia czy pisanka jest cała czy nie – tłumaczy mi Gaba przy stole. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia.
– Masz rację – odpowiadam, a w duchu myślę sobie: „to w takim razie po jaką cholerę tak rozpaczałaś w piątek na widok tego mikroskopijnego pęknięcia?!”. Nawet nie mam siły się cieszyć, że coś do niej dotarło z naszej wczorajszej wybuchowej rozmowy. Zamiast tego rzucam mimochodem, że może warto zajrzeć do ogródka i sprawdzić czy nie było tam wielkanocnego zajączka.

zajączek-wielkanocny

Dzieciaki błyskawicznie łykają haczyk. W biegu łapią koszyki w ręce i pędzą do ogródka jedno przez drugie. Gaba znajduje jako pierwsza 5 wafelków w czekoladzie i wraca szczęśliwa. Po chwili Mati znajduje 3 inne kryjówki i zaczyna się dramat. Gaba zaczyna się złościć, nie wiadomo o co. 10 minut później histeria wchodzi na najwyższy poziom wtajemniczenia. Moja, jeszcze tak niedawno rozsądna, córka wrzeszczy i wymachuje rękami. Z nieznanych mi powodów cała jej złość koncentruje się na mnie.

Mam dość. Ze swojej strony zrobiłam, co mogłam, żeby szukanie słodyczy się powiodło. Poczytałam im o obcym nam zwyczaju szukania słodyczy w ogrodzie i delikatnie nakręciłam ich, że może w tym roku przyjdzie do nas zajączek z jakimiś słodyczami. Kilka dni ćwiczyłam z nimi zabawę w chowanie różnych rzeczy w ogrodzie i odnajdywanie ich, łącznie z wytłumaczeniem im zasad kooperacji polegającej na tym, że ktoś szuka skarbów, a ktoś inny niesie koszyk z nimi. W najważniejszej chwili wszystko to zawodzi. Jestem bezradna.

– Przecież mówiłam, żebyście nic nie robili! Żebyście nie chowali żadnych słodyczy, bo chce sprawdzić czy on istnieje! A teraz to zepsuliście! – krzyczy wściekła Gaba i wybiega z domu.

Po chwili wraca jeszcze bardziej wściekła. Nie sądziłam, że to możliwe, a jednak…

– On nie istnieje! Nie schował niczego w najlepszej kryjówce czyli w piaskownicy!
– A jak ty to sobie wyobrażasz? Jak miał schować słodycze w piaskownicy, skoro była zamknięta? Przecież zajączek nie ma tyle siły, żeby podnieść pokrywę – staram się być rozsądna i opanowana, ale słowa wypadają ze mnie jak z karabinu maszynowego.
– Co?! Przecież on nie istnieje. Nie ma żadnego zajączka i wróżki zębuszki. I Mikołaj też nie istnieje! – nie wytrzymał w końcu mój mąż.

Zrezygnowana uderzam twarzą w stół. Zabijcie mnie! Miało być miło i przyjemnie, a wyszła z tego jedna wielka awantura. Tak wielka, że nawet Święty Mikołaj został w nią wmieszany i poległ był. Biedaczek.

– Jak to? – Gaba jest wyraźnie zaskoczona.
– A tak to! Prezenty nie spadają z nieba, nie biorą się znikąd. Ktoś je musi kupić albo zrobić i potem podrzucić. Tylko nie mów Neli – rzucam na koniec błagalną prośbę, chociaż Nela i tak wszystko słyszała.

Gaba się uspakaja. Jestem w szoku. Właśnie dowiedziała się, że Zajączek Wielkanocny i Święty Mikołaj nie istnieją, ale zamiast wybuchnąć jeszcze większym płaczem, uspokoiła się. Nic z tego nie rozumiem.

Nela podchodzi do Gaby i głaszcze ją po plecach.

– Widzisz Gabi, zajączek nie istnieje. To Święty Mikołaj zostawił nam słodycze – pokrzepiająco mówi Nela.

Dziecięca wiara w Mikołaja jest niesamowita. Musicie jednak wiedzieć, że Nela pod tym względem bije wszelkie rekordy. Nie dość, że zachowuje się, jakby nic nie słyszała, to jeszcze jest przekonana, wszystkie prezenty świata od niego pochodzą. Te urodzinowe też ❤️

Kabaret na balkonie

– Tato, a czy możemy oglądać bajkę zamiast mszy?
– Możecie… – zrezygnowany odpowiada mój mąż.
– Nie. Nie możecie. Wielkanoc to najważniejsze święto w Kościele. Jeśli mielibyście być na mszy tylko jeden raz w roku, to powinna to być właśnie Wielkanoc – nie odpuszczam.
– No dobra… Idziemy…

Wchodzimy do gabinetu, odpalamy transmisję i w tym samym momencie słyszymy dzwonki. To ksiądz proboszcz idzie przez nasze osiedle z monstrancją. Błogosławi domy i życzy wszystkim wesołych świąt.

Niezdecydowani biegamy od okna do okna, od balkonu do balkonu, bo nie wiemy z której strony domu do nas podejdzie i czy lepiej zrezygnować z proboszcza czy z mszy w internecie. W końcu skręca w naszą uliczkę i kieruje się w stronę naszej bramki. Biegniemy na balkon od strony bramki. Nela oczywiście w negliżu, bo od biegania zrobiło się jej ciepło i już zdążyła się rozebrać do majtek. Próbuje ją przytulić do siebie, żeby nie zmarzła. Odskakuje od mnie z wrzaskiem, bo od kilku tygodni nie daje się przytulać, a ja znowu ośmieliłam się ją dotknąć.

Musimy wyglądać komicznie: dwójka klęczących, wystrojonych odświętnie dorosłych, a do tego jeden półdorosły fan Halloween, dziewczynka z jamnikiem na rękach i jeden golusieńki, rozczochrany dzikus uciekający z wrzaskiem przed własną matką.

– Mamo, a dlaczego ksiądz idzie sam? Myślałam, że będą z nim jacyś ludzie. Że będzie cały pochód – pyta
Gaba.
– Kochanie, to nie procesja Bożego Ciała. To procesja rezurekcyjna. Jest kwarantanna i nie możemy iść do kościoła, więc Pan Jezus przychodzi do nas – tłumaczę, a głos mi drży ze wzruszenia.
– Tak jak Król Julian? – pyta Nela.
– Tak, dokładnie tak…

Mimo kwarantanny to były naprawdę wyjątkowe święta. Każdy miał swoje wielkanocne atrakcje – dzieci Juliana i Mikołaja, a starzy święconkę i Jezusa. A wszystko to z dostawą pod płot.

 babka-wielkanocna-cukrowe-ozdoby