Ale bym się wystroiła

Spotkałam na spacerze z dzieckiem moją koleżankę ze szkoły. Buty na obcasie, spodnie o modnym kroju, jasna kurtka, pasująca torebka… dyskretny makijaż podkreślający atuty jej urody i uczesane włosy. Szła wyprostowana, pewnym krokiem. Promieniowała energią tego rodzaju, który sprawia, że człowiek patrzy na drugiego człowieka i ma wrażenie, że choć go zna całe życie, to ten ktoś jest z zupełnie innej planety i ma u stóp cały świat. Prawdziwa królowa życia – nie myląc oczywiście z telewizyjnymi “Królowymi życia”.

Na jej widok nie poczułam zazdrości, ale podziw i pomyślałam, że chciałabym wyglądać taka jak ona. Ba! Pomyślałam nawet, że mogłabym być jak ona, gdybym się tylko trochę postarała i coś zmieniła. Ale co? Przyjrzałam się sobie uważnie.

Mój strój à la królowa matka:

  • buty trekkingowe do górskich wędrówek, które założyłam, bo stały bliżej wyjścia niż kozaki
  • czarne legginsy – uniwersalny element stylizacji każdej matki, noszony niezależnie od pogody, nastroju i misji do wykonania
  • granatową bluzę z kapturem z domu mody Lidl – ciepłą, praktyczną i wygodną. No, ale jednak kupioną w dyskoncie podczas cotygodniowych zakupów spożywczych
  • kurtkę outdoorową w kolorze musztardowym – nie pasującą kolorystycznie do reszty stroju, ale… no co tu dużo mówić: była na wieszaku pod ręką, jak wychodziłam z domu
  • czapkę – założoną trochę dla ciepła, trochę dla przykładu (że niby: “Hoho, zobacz mama też ma czapkę!”). Tak naprawdę założyłam jednak tą czapkę, żeby schować pod nią świeżo umyte włosy, których nie zdążyłam nawet spiąć gumką. Zresztą nawet to by im nie pomogło.

Marnie wypadło to porównanie. Oj, baaardzo marnie.

Miała być królowa matka, a wyszedł Kopciuszek

Oj, tak. Wyszedł ze mnie Kopciuszek i to jeszcze przed balem :P

– Ona pewnie nie ma dzieci – powiedziałam sama do siebie, sięgając po jedną z ulubionych wymówek matek na widok zgrabnej dziewczyny w odpicowanej stylizacji. – Może spokojnie stanąć rano przed lustrem nawet na całe 5 minut(!) i zastanowić się, co do czego będzie pasować. Może chodzić w eleganckich butach, nosić jasne spodnie w deszczowy dzień. Te 40 minut, które ja spędzam przed wyjściem na przekonywanie mojej córki, że zanim się założy kozaki, trzeba koniecznie założyć skarpetki, a nie odwrotnie, ona może poświecić na dopracowanie swojego wyglądu.

Och, gdybym ja miała te 40 minut tylko dla siebie!

Codziennie dokonuję wyboru: ja albo dziecko. Albo ja wyjdę z domu ubrana jak człowiek dbający choć w minimalnym stopniu o swój wygląd, albo moje dziecko wyjdzie z niego uczesane i ubrane jak pani dyrektor na zebraniu w przedszkolu przykazała (czyli w stroju dopasowanym do pory roku, ze spiętymi włosami, które nie wpadną mu zaraz do zupy mlecznej). Dzisiaj wybór padł na dziecko. Tym sposobem moje dziecię ma na nogach skarpetki i kozaczki, a nawet szalik na szyi. I maseczkę (na twarzy, nie na szyi). A nawet – uwaga! – ma na sobie pasującą kolorystycznie do kurtki czapkę. Dzisiaj moja córka jest odstrzelona jak…

Dziecko blogerki modowej

Albo i lepiej!

A propos dziecka…

Spojrzałam w stronę mojej czterolatki i zobaczyłam ją (w tej pięknie dopasowanej kurtce i czapce) leżącą w samym środku błotnistej kałuży. Zobaczyłam ją leżącą i wierzgającą nogami w powietrzu niczym Świnka Peppa pod koniec odcinka.

dziewczynka-biegnie-przez-kaluze

Dobrze, że nie założyłam dzisiaj jednak lepszych ciuchów. Wyobrażacie sobie jak ja bym ją wyciągała z tego błota w ładnych butach na obcasie i jasnych spodniach???


Spokojnie, mamy tak mają

Co czujesz?

Co czujesz, kiedy wychodzisz z domu w poplamionym dresie do sklepu za rogiem i spotykasz znajomą zrobioną na bóstwo? Albo kiedy spędzasz tak dużo czasu na ubieraniu dziecka, że nie starcza go już nawet na szybkie spotkanie z grzebieniem, a potem widzisz swoje rozczochrane odbicie w szybie? Zażenowanie? Wstyd pomieszany z poczuciem beznadziejności, nieudolności? Masz ochotę zapaść się pod ziemię?

Mam tak samo!

Mieszanka tych uczuć towarzyszyła mi wielokrotnie. Niektórzy mówią, że to niezaspokojona potrzeba czucia się piękną. Inni, że to próżność, bo matka ma ważniejsze sprawy na głowie niż własny wygląd. Jeszcze inni mówią, że to efekt narzuconego nam przez wielkie koncerny kanonu piękna i pogoni za modą. Ja dostrzegam w tym tęsknotę za dorosłym życiem bez dzieci, z dala od piaskownicy, błotnistych kałuż i wiecznie lepkich rączek.

Jak sobie z radzę z tym uczuciem?

Ubieram najlepsze ciuchy, jakie mam i wychodzę bez dzieci do osiedlowego spożywczaka po chleb. Maluję się idąc na samotne zakupy do Lidla. Albo puszczam dzieciom bajkę, a sama zamykam się w łazience i doprowadzam swoje włosy do ładu. Przede wszystkim zaś, uciszam mojego wewnętrznego krytyka i szukam pozytywów w takich historiach jak ta opisana powyżej.

Mogłabym się złościć, że młoda znowu robiła cyrk przed wyjściem, że wyszłam z domu upocona, sfrustrowana i ubrana jak menelka, a na koniec i tak wybrudziłam się niosąc do domu mojego ubłoconego dzikusa.

Wolę jednak spojrzeć na to z humorem i dystansem, a na koniec pochwalić samą siebie za to, że byłam idealnie przygotowana do roli wyławiaczki dziecka z kałuży.


Zobacz też:

A to wszystko wina Peppy! – o szkodliwych bajkach i jeszcze bardziej szkodliwych przekonaniach rodziców.

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się nim z inną mamą. W kupie siła!