Nie chcę być więcej jak Grinch!

rodzinne-pieczenie-ciastek

Przyznaję się: jestem totalną świąteczniarą! Mam pokaźną kolekcję świątecznych swetrów, skarpet oraz kubków z gwiazdkami i reniferami. Nie potrafię przejść obojętnie obok bożonarodzeniowych ozdób i ciągle dokupuję jakieś koce czy poszewki ze świątecznym motywem. Albo chociaż wstążeczki. 

Natomiast mój mąż należy do osób niewzruszonych magią Bożego Narodzenia. Stoi obok mnie ze skwaszoną miną i zadaje pytania “pomocnicze”:
– A po co nam to?
– Ty naprawdę masz zamiar to wieszać?
– Co?! Widziałaś ile to kosztowało???

Nie ważne czy aniołki były po 3 czy 30 złotych. Zawsze są za drogie i on zawsze uważa, że kompletnie ich nie potrzebujemy.

Ale dekoracje to tylko kawałek mojego świątecznego szaleństwa.

Świąteczne porządki to mój żywioł

Rodzinne obchodzenie świąt Bożego Narodzenia zaczyna się w moim wyobrażeniu od wspólnych porządków. Żeby się nie urobić po pachy i nie leczyć zakwasów całe święta, już początku grudnia zaczynam mówić o tym, że pora zacząć świąteczne porządki. Rodzina reaguje na te uwagi przejściową głuchotą, więc sprzątam etapami sama albo z pomocą jednego (odgórnie wskazanego) pomocnika-ochotnika.

Dopiero kilka dni przed Wigilią bierzemy się za prawdziwie  wspólne porządki. Dzieci i mąż zmywają kurz z półek, a ja biegam z miną generała po całym domu, pilnując, by nie wymigali mi się od roboty.

Nie wychodzi mi to najlepiej i w końcu kapituluję. Żeby było naprawdę świątecznie, musi być posprzątane po mojemu. Wyrzucam więc wszystko z szafek i przetrząsam ich zawartość, segreguję wszystko od nowa. Układam książki według rozmiarów, potem kolorów, a potem według autorów. W tym czasie dzieciaki myślą tylko jakby tu się tu urwać na bajkę albo kółeczko wokół domu na rolkach. Gdy ja z zapałem pucuję kryształowe żyrandole w salonie, rodzina ucieka cichaczem na plac zabaw.

Po całym dniu oddawania się mojemu porządkowemu wariactwu, padam ze zmęczenia, a wtedy nagle dzieci i mąż deklarują chęć pomocy. W zamian za zrobienie pizzy na kolację. Tyle, że wtedy to ja już nie mam siły nawet na wydawanie poleceń. Ani na wyrabianie ciasta.

Jasna choinka!

Ubieranie choinki jest największym zarzewiem naszych przedświątecznych konfliktów. Mąż z synem się puszą i oświadczają, że to zbędny kurzołap. Ja balansuję na granicy płaczu i euforii, bo bez wspólnie ubieranej choinki nie ma świąt.

Cała nadzieja w dziewczynkach. Te jednak pomagają tłukąc bombki jak na akord i nie ma znaczenia to czy są one szklane czy plastikowe. ZAWSZE udaje się im je jakoś stłuc. Albo chociaż lekko zmiażdżyć z jednej strony.

Nasz stary pies uciekał w takich chwilach do przedpokoju i modlił się do swojego psiego boga o litość w obliczu nadciągającej katastrofy. Nasz młody jamnik bez chwili wahania idzie w ślady dzieci i obgryza wszystkie bombki w zasięgu swojego pyska.

Choinka to dopiero początek dekoracji

Nie byłabym sobą gdybym nie obwiesiła całego domu świątecznymi ozdobami. W końcu same aniołki i gwiazdki na girlandach to za mało!

Kiedyś świeżo umyte szyby dostawały solidną porcję sztucznego śniegu. Nad oknem wieszałam lampki, a sufit pokrywałam kilometrami kolorowego łańcucha, który przez ponad 25 lat wydłużałam rokrocznie o jakiś metr albo dwa.

Teraz nie mam karniszy, więc lampki wieszam na poręczy schodów. Szyby przystrajam płatkami śniegu wyciętymi z papieru. Na szafkach rozstawiam mini stroiki.

Skaczę z radości, kiedy otwieram szufladę z czapkami Mikołaja i świątecznymi ubraniami – piżamami, skarpetkami, bluzkami i sweterkami z reniferami.

Moje przygotowania do Bożego Narodzenia przez wiele lat nakręcały mnie do tego stopnia, że robiłam się nieznośna. Irytowało mnie to, że rodzina nie podziela mojej euforii.

Wigilijne wyładowania atmosferyczne

W Wigilię zwykle budziłam męża skoro świt, żeby zdążył kupić świeże pieczywo. Kiedy on stał na mrozie w mega długiej kolejce, ja kończyłam porządki (ponowne ścieranie kurzy, odkurzanie, mycie podłóg itp). Tego samego dnia lepiłam uszka, gotowałam barszcz i złościłam się, czując na plecach oddech upływającego czasu.

Już koło południa kipiałam z wściekłości. Wiedziałam, że nie zdążę ze wszystkim do zmroku. Tuż przed pierwszą gwiazdką miałam ochotę uciec jak najdalej z domu

Nie chcę być już więcej Grinchem!

Z roku na rok dojrzewam do tego, że święta nie muszą oznaczać nerwowej gonitwy. Nie chcę już dłużej patrzeć na mojego naburmuszonego męża, na moje znudzone i głodne dzieci.

Nerwowa atmosfera zabija świąteczny nastrój.

Zamiast wspólnie śpiewać kolędy, wydaję jedynie krótkie komendy: Tu wytrzyj! Tam połóż! I najważniejszą: Zostaw to!!! Psuję wszystkim święta, paradoksalnie starając się, by były wyjątkowe. Świąteczna atmosfera, zamiast rozkwitać wokół nas, umiera nawet w moim własnym sercu.

święteczne-życzenia-kartka

Pochłonięta nadmiarem bezsensownych przygotowań zapominałam o najważniejszym:

Aby przeżyć wspaniałe, rodzinne święta nie potrzeba wcale miliona lampek, stylowej choinki pasującej do wystroju wnętrza, idealnie ulepionych uszek ani nawet idealnie polukrowanych pierniczków. Potrzebujemy radości ze wspólnie spędzonego czasu.

Tego właśnie życzę Wam z całego serca!

PS. Zastanawiasz się, dlaczego do tak osobistego wpisu dołączyłam zdjęcia z banku zdjęć? Powód jest prosty. Nie chcę zamienić się w Grincha ustawiając wszystkich do zdjęcia. Nie w tym roku.

Zamiast tego wolę się napić z mężem “grzańca” z naszej ulubionej herbatki o smaku wigilijnego kompotu. I obejrzeć świąteczny serial

swieta-bez-nerwow-jak-sie-odstresowac