Wychowanie bez szantażu

Jak zjesz obiad, to dostaniesz cukierka!

Ile razy wypowiadałaś takie słowa do dziecka? Ile razy miałaś poczucie, że Twoje dziecko za cukierka zrobi absolutnie wszystko? Nagroda, przekupstwo, szantaż – te trzy słowa określają sytuacje, w których oferujemy dziecku coś za coś. To, jakiego słowa użyjemy zależy od naszego punktu widzenia. Kiedy to my oferujemy cukierka, mówimy o nagrodzie. Kiedy zaś dziecko domaga się cukierka, zaczynamy myśleć o szantażu.

Nela w ogóle nie rozumie o co chodzi we „wzajemności”, w umowach na zasadzie „jak zjesz śniadanie, to puszczę ci bajkę”. Jeśli chce bajkę, to bajka musi być teraz albo wcale. Nie zrobi czegoś dla nagrody, bo nie dostaje nagród. Nie dostaje też kar. Dlaczego? Bo tak wyszło.

dziewczynka-nadasana-mina

Kilka lat temu Gaba pokazała nam, że nasze metody wychowawcze nie są nic warte.

To, że działały one w przypadku starszego syna było dziełem przypadku i tego, że był po prostu ugodowym dzieckiem. W starciu (celowo używam słowa, które sugeruje walkę, bo tak to odczuwaliśmy) z silną osobowością Gaby i nieustanną chęcią testowania cierpliwości rodziców, okazały się one bezużyteczne. Nie działało tłumaczenie, prośby, kary ani nagrody. Wprowadzenie zasady “żelek za posprzątanie zabawek” doprowadziło do tego, że Gaba sprzątała tylko wtedy, gdy miała ochotę na żelka. Nie miała ochoty na słodycze, to nie robiła absolutnie nic.

W akcie desperacji sięgnęłam po „Uparte dziecko”, a potem zaczęłam czytać o wychowaniu opartym na dobrej relacji, temperamencie dziecka i motywacji wewnętrznej. Poczytaliśmy, pomyśleliśmy i zaczęliśmy stopniowo stosować to podejście w życiu.

W życiu, jak to w życiu…

Zdecydowanie nie chcę się stawiać za wzór rodzica podążającego za potrzebami dziecka i niestosującego lekkiego szantażu. Różnie bywa.

Czasem jesteśmy wzorowymi rodzicami z poradnika, czasem dajemy ciała i ulegamy starym nawykom odwołując się do przekupstwa albo działania coś za coś.

Bywa, że emocje odcinają nam dostęp do nowych umiejętności i dajemy się wciągnąć w rodzinną próbę sił.

Są chwile, kiedy nasz najbardziej prymitywny obszar mózgu dochodzi do głosu i… kończy się awanturą z krzykiem, groźbami i przeogromną chęcią postawienia kogoś do kąta albo odebraniem “przywileju”. /W przypadku wychowania bez kar i nagród, nie ma mowy o przywilejach. Stąd ten cudzysłów./

Kiedy patrzę na Nelę i jej niewrażliwość na przekupstwo i szantaż, widzę jak bardzo zmieniło się nasze podejście do dzieci.

Nela nie boi się, że zostawię ją samą na ulicy, gdy nie chce iść, bo nigdy nie była w ten sposób straszona.

Nie działa na nią szantaż emocjonalny w postaci smutnej minki rodzicielki, kiedy nie ma ochoty przytulić się do mamy. Po prostu tego nie robi.

Nie zmusza się do zjedzenia zupy w nadziei na loda albo cukierka po obiedzie. Po prostu jej nie je.

To nie oznacza, że Nela jest grzeczna jak aniołek. O nie… Nela nie sprząta rozrzuconych zabawek, podkrada łakocie starszej siostrze, psoci i kłamie na potęgę. Przy czym mam spore wątpliwości czy kłamstwo w jej wydaniu jest rzeczywiście kłamstwem, bo przecież nie mówi nieprawdy, żeby osiągnąć jakiś cel. Raczej zmyśla bez konkretnego celu, tak jak wszystkie dzieci w tym wieku. (Zobacz: Moje dziecko kłamie!)

Nela wie, że zawsze może prosić o pomoc. Wie, że ściągniemy ją z parapetu, kiedy jakimś cudem na niego wlezie. Że ściągniemy ją z płotu, kiedy będzie się bała zejść. Nie boi się, że dostanie karę, kiedy coś rozleje.

Pielęgnuję w niej naturalną chęć bycia w zgodzie z samą sobą, okazywania swoich uczuć i słuchania własnych potrzeb. Równocześnie staram się rozwijać w niej empatię, ale nigdy kosztem niej samej. Staram się nie stosować nacisków typu „zjedz zupę, bo mamie będzie przykro” ani innych tyci-mini szantaży.

Metoda małych kroków

Od jakiegoś czasu mam poczucie, że idę dobrą drogą. Nie jestem idealnym rodzicem, ale nawet to moje nieidealne wychowanie przynosi dobre efekty.

Widzę to również w przypadku starszej dwójki. Widzę jednak, że na ich zachowanie wpływa także otoczenie – przedszkole, szkoła, rówieśnicy z podwórka. Nela nie chodziła do żłobka, dopiero we wrześniu pójdzie do przedszkola (jak Bóg, to znaczy covid, da). Wszystko, czego się nauczyła w kwestii relacji z innymi i samą sobą, wzięła ode mnie albo taty i starszego rodzeństwa. Po niej najlepiej widzę zamiany, jakie zaszły w naszym domu.

Zmierzam do tego, że nie musisz diametralnie zmieniać swojego podejścia do dziecka z dnia na dzień. Wystarczy, jeśli zrobisz to małymi kroczkami.

  • Kiedy zamiast stawiać dziecko do kąta, żeby się uspokoiło – przytulisz je.
  • Kiedy nie będziesz go karać za to, że nie chce czegoś założyć – pozwolisz mu wybrać strój.
  • Kiedy zobaczysz w swoim płaczącym dziecku nie rozwrzeszczanego manipulatora, ale małego człowieka, który nie radzi sobie ze swoimi emocjami i chwilowo straciło kontakt ze zdrowym rozsądkiem.

Nie poddawaj się!

Stosowanie starych metod w kryzysowej sytuacji to nie jest totalna porażka, która przekreśla cały sens stosowania nowych. To nie znak, że jesteś beznadziejnym przypadkiem rodzica, któremu już nic nie pomoże. To dowód na to, że zauważasz już co powinnaś zmienić, jakich zachowań się wystrzegać. A to już jest pierwszy krok do zmiany.

  • Trzeba nauczyć się nowych zachowań, nowych schematów reagowania w sytuacji, gdy emocje przejmują kontrolę.
  • Trzeba podjąć wiele nieudanych prób, wiele razy ponieść klęskę, żeby nauczyć się nowych zachowań.
  • Trzeba umieć zebrać się na odwagę i powiedzieć sobie, że się dało ciała. Że coś poszło nie tak, jak miało pójść.
  • Czasami trzeba przeprosić dziecko za swój błąd, wycofać z pochopnie nałożonego zakazu czy kary.

Nie wystarczy przeczytać poradnika, ani nawet pięciu. Trzeba nieustannie czytać i słuchać innych, żeby nasiąkać nowym podejściem i poszerzać swoje horyzonty. Każda sytuacja, kiedy stosujesz nowe metody, przybliża Cię do zerwania na dobre ze starymi schematami.

Te małe kroki to początek pięknej drogi.