Jak ubrać dwulatka i nie zwariować?

mama-zaklada-dziecku-skarpetke

Nela od kilku tygodni przechodzi bunt dwulatka*.

*Oczywiście wiem, że nowocześni, bliskościowi rodzice uważają, że coś takiego nie istnieje. Dwulatki się nie buntują tylko dojrzewają do podejmowania samodzielnie decyzji, a że nie umieją nam o tym powiedzieć inaczej niż za pomocą wrzasku, okładania rodzica pięściami i walenia głową w podłogę, to niektórzy nazywają ten etap „buntem”. Pozwólcie więc, że z powodu popularności tego określenia, będę go od czasu do czasu używała ;)

Bunt dwulatka w wydaniu Neli objawia się przede wszystkim niechęcią do ciepłych, jesienno-zimowych ubrań. O ile buty jeszcze powoli sobie założyć, o tyle wszelkie grubsze od bawełnianych legginsów spodnie, bluzy i kurtki są traktowane jak zamach na jej wolność. Z tego powodu Nela od mniej więcej dwóch tygodni nie wychodzi na spacery.

Dzisiaj jednak byłam zmuszona wyjść do sklepu, a tak się złożyło, że nie miałam jej z kim zostawić w domu. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale byłam nastawiona pozytywnie.

Najpierw próbowałam po dobroci.

–Kochanie, które spodnie chcesz ubrać?
–Nie chcem iść na spacel!
–Anielko, musimy pójść do sklepu kupić Gabrysi rajstopy. Musimy wyjść.
–Nie chcem. Ja zostane!

Potem wyjęłam z szafki jej ulubione nieco cieplejsze spodnie i zaniosłam ją do przedpokoju.

–Nie chcem spoooodni!!!!
–To może kombinezon?
–Nie chcem!!!!!!

Dwadzieścia minut później wyszłyśmy z domu…

Ja mokra od potu jak mysz w połogu, ale ubrana w ciepłe buty i kurtkę. Ona czerwona i zapuchnięta od płaczu, ale ubrana w rajstopy i bawełnianą bluzkę z długim rękawem. Na nogach miała kozaki.

Byłam spokojna i zdecydowana. Nie poddałam się. Święcie wierzyłam, że kiedy Nela zmarznie, pozwoli się ubrać. Przecież tak pisali w poradnikach i tak czasem udawało się z Gabą. Obstawiałam, że za jakieś 2-3 minuty pozwoli się ubrać. Jeśli nie w kombinezon, to chociaż w kurtkę.

Ileż można wytrzymać w samej bluzce w połowie listopada, przy 5 stopniach Celsjusza?

Okazało się, że jeśli się jest Nelą, to… całkiem sporo.

Pół godziny później ręce Neli zrobiły się chłodne, ale jej sprzeciw wobec kurtki był równie gorący co przed wyjściem z domu.

Psu na budę te wszystkie poradniki, łącznie z „Upartymi dziećmi”. Miała zmądrzeć jak poczuje zimno, a tymczasem nic. Siedzi zadowolona z siebie, bo postawiła na swoim, a ja muszę znosić na sobie wzrok ludzi wracających z sobotnich zakupów. Nawet nie muszą nic mówić, wiadomo co myśli sobie starsza kobieta na widok prawie gołego dziecka i matki ubranej w zimową kurtkę w listopadzie.

A może Nela ma rację? Może ona dzisiaj rzeczywiście nie potrzebuje kurtki????

Bijąc się z własnymi myślami zrobiłam zakupy, a kiedy się rozpadało, wpadłam na kawę do mojej mamy. Siedziałam w kuchni mojego dawnego domu i odwlekałam moment, kiedy będę musiała stawić czoło mojej dwulatce.  Zbierałam siły na drugą rundę walki o kombinezon. W końcu zebrałam się w sobie i… z pomocą mamy na siłę ubrałam Nelę.

Uznałam, że w życiu każdego rodzica jest taki moment, kiedy dla dobra dziecka musi zrobić coś wbrew jego woli i to właśnie jest ten moment.

Była wściekła. Wrzeszczała, kopała nogami i szarpała za ubranie. Nie mogła go jednak ściągnąć, bo założyłam jej zakładki na rękawach tak, że miała schowane ręce i nie mogła nimi chwycić za zamek.

Po 20 minutach prawie dojechałyśmy do domu, a zawodzenie Neli nie ustawało. Uspokoiła się dopiero na ostatniej prostej.

–Buty.
–Chcesz założyć buty?

Pokiwała głową. Założyłam jej buty i pojechałyśmy dalej. Nela zawodziła już znacznie ciszej.

Pod domem wyszła z wózka i stanęła na stopniu przed drzwiami.

–Lubię to ubranko – powiedziała zadowolona z siebie, pokazując palcem na powód naszej wojny.

Z wrażenia usiadłam sobie na ławce pod domem i nie wstawałam przez kwadrans…

Dwie rundy. Dwa różne rozwiązania tego samego konfliktu i… oba do bani! ;(

Ta historia nie ma happy endu, tak samo jak ja nie mam gotowego rozwiązania na wszystkie problemy wychowawcze.


Fajnie się czyta blogi parentingowe, których autorki podają sprawdzone rozwiązania, które działają w każdej kryzysowej sytuacji. Zazdroszczę im pewności siebie i tego przekonania, że wiedzą najlepiej. Nie neguję ich autorytetu ekspertek od wychowania, a wszelkie niepowodzenia w stosowaniu ich metod zrzucam na karb tego, że…

Prawdziwe życie to nie jest blog wszechwiedzącej ekspertki od wychowania.

Prawdziwe życie to nie instagramowe, urocze fotki z wystylizowanym dzieckiem w kurtce i czapce pod kolor maminych butów. 

Prawdziwe życie to wrzask, pot i łzy z powodu głupiego kombinezonu. I bezradnie rozłożone ręce matki. 

Nie gwarantuję Wam, że czytając mojego bloga znajdziecie odpowiedzi na dręczące Was problemy. Gwarantuję Wam za to, że znajdziecie tu opowieści matki, która równie chętnie dzieli się z Wami swoimi rodzicielskimi sukcesami, co porażkami. A tak się składa, że dzisiaj były same porażki.

Jeśli macie sprawdzone sposoby, jak ubrać dwulatkę na spacer i nie zwariować, to piszcie śmiało. Mnie właśnie skończyły się pomysły.