Ciąża na studiach

shutterstock_208823614-900

Kładąc się dziś na łóżku z laptopem na brzuchu przypomniałam sobie jak dwa lata temu pisałam w tej samej pozycji moją pracę magisterską. Podobnie jak dziś panował wtedy upał nie do zniesienia, który dodatkowo dawał mi się we znaki, bo byłam akurat w połowie ciąży. Dziś Gabcia biega już sprawnie po całym domu, a ja prawie już zapomniałam jak to było być studentką.

Ciąża na studiach to rzadkość

Czytając blogi innych mam odkryłam pewnego dnia ze zdziwieniem, że są wśród nich również mamy-studentki. Niebywałe…

Za czasów studenckich mojej mamy dzieciate studentki były normą. Za moich czasów studentka z dzieckiem zdarzała się częściej niż licealistka z dzieckiem, ale cóż… choć nikogo to nie dziwiło i nie bulwersowało, to połączenie mama-student jednak należało do rzadkości. Student z dzieckiem częściej był brany za doktoranta, ewentualnie młodego doktora niż za studenta. A tu proszę: niemalże połowa parentingowej blogosfery to studentki! Na moim roku byłam pierwszą i w sumie jedyną matką. Nie licząc koleżanki z roku, która urodziła po mnie, a po powrocie na studia była na innej specjalności.

Mężatek zresztą też nie było za wiele. Na palcach jednej ręki można było policzyć dziewczyny, które miały narzeczonych. Nie, nie byłyśmy wszystkie pasztetami za którymi żaden chłopak by się nie obejrzał i kijem na pilota by nie dotknął. Większość z moich koleżanek mieszkała ze swoimi chłopakami, ale decyzje o wspólnym życiu i dzieciach pozostawiały nadal w sferze bliżej nie określonej przyszłości – tej po skończeniu studiów i znalezieniu pracy. Wiadomo, na dzieci będzie jeszcze czas.

Mama na studiach – rzadki okaz

Od czasu gdy wróciłam na studia zostawiając w domu malutkiego Mateuszka byłam zdecydowanie inna niż pozostałe dziewczyny. Miałam nie-studenckie obowiązki, które były obowiązkami z innego świata.

Wiodłam podwójne życie, bo będąc w ciąży wzięłam urlop dziekański i po urodzeniu dziecka wróciłam na studia rok niżej gdzie prawie nikt mnie nie znał. Dzięki czemu nie musiałam nikomu w kółko opowiadać jak to jest mieć małe dziecko i studiować. Przez chwilę, bo jak się wieści rozniosły, to każdy chciał wiedzieć ile miesięcy ma mój synek, jak ma na imię i jak to jest być mamą na studiach.

Przyjemnie było odpowiadać na te pytania, ale wiecie jak to jest: jak się już raz pojawi temat dziecka, to nigdy nie schodzi z tapety. A ja tymczasem na studiach chciałam być tą samą dziewczyną jaką byłam przed ślubem, ciążą i całym tym rewolucyjnym chaosem, który ogarnął moje życie.

Studia i macierzyństwo – jak to pogodzić?

Normalnie. Pogodzenie studiów z opieką nad dzieckiem jest łatwiejsze niż powrót do pracy po porodzie. Godziny pracy nie wymuszają długiej rozłąki z dzieckiem. Na studiach można (a zwykle nie ma też innego wyjścia) przyoszczędzić na opiekunce, bo zazwyczaj da się bez konsekwencji opuścić wykład i zostać w domu z dzieckiem. Do tego dochodzą długie wakacje, ferie i przerwy świąteczne.

Studiując zaocznie jest o tyle łatwiej, że zajęcia odbywają się w weekendy, a dziecko można zostawić z kimś z rodziny. Jednak studia dzienne i dziecko są też do pogodzenia, trzeba to tylko odpowiednio zorganizować. Nam po roku ciągłego organizowania opieki znudziło się takie łatanie i oddaliśmy Macia do żłobka. Dzięki temu było nam trochę łatwiej, choć i wtedy zdarzały się dni kiedy nie miał go kto odebrać, bo ja miałam skumulowane zajęcia (cały semestr zajęć odrobiony w 1-3 dni). Niby fajnie, bo wystarczyło przyjść kilka razy na 6-7 godzin zamiast przez cały semestr po 1,5 godziny, ale za to miałam niemały problem organizacyjny, bo zajęcia trwały od rana do wieczora.

Ciałem na uczelni, a myślą przy dziecku?

W moim przypadku było zupełnie inaczej. Dojeżdżałam na uczelnię i zapominałam o dziecku. Nie chodzi mi o to, że znów czułam się wolna i beztroska, ale doskonale wiedziałam, że zamartwianie się o dziecko nic nie zmieni. I tak musiałam odsiedzieć swoje na wykładzie choćby był nie wiem jak nudny. I tak musiałam dokończyć procedurę na ćwiczeniach, a w moim przypadku brak koncentracji oznaczałby powtarzanie ćwiczenia i dłuższe siedzenie w laboratorium.
Starałam się więc przede wszystkim skoncentrować na zajęciach, co wychodziło mi tak dobrze, że moja dość wysoka średnia poszybowała jeszcze wyżej. Śmiałam się, że przez dziecko przybyło mi rozumu, bo czasu na naukę miałam naprawdę mało. Co ciekawe, Mati chorował prawie zawsze wtedy, gdy zbliżało się kolokwium albo sesja.

Zwolnienia z zajęć

Studentki, które są mamami podobno lubią się usprawiedliwiać przed wykładowcami chorobą dziecka albo innym rodzinnym wypadkiem. Ja tego nie robiłam. Co najwyżej prosiłam czasem koleżankę żeby mnie wpisała na listę na obowiązkowym wykładzie żebym mogła zostać dłużej w domu i odprowadzić synka do żłobka. Poza tym starałam się nie przyznawać do posiadania dziecka, bo krępowało mnie ciągłe pytanie o małego. Część wykładowców wiedziała doskonale o mojej sytuacji, ale za każdym razem spotykałam się z ich strony z ogromną przychylnością.

Kilka razy zdarzyło mi się wybrać z synkiem do dziekanatu, gdzie nasze przeurocze panie (serio: kobiety-anioły, a nie żadne jędze z dziekanatu) częstowały Mateuszka zozolami. Raz też podrzuciłam Matiego do akademika, bo musiałam iść na wykład, a nie miałam go z kim zostawić (pozdrowienia dla Agi i Baśki).

Ciąża na studiach

Ciąża na studiach oznacza dwie rzeczy. Czujesz się dobrze i chodzisz na zajęcia do samego rozwiązania albo bierzesz urlop dziekański i zostajesz w domu, a na studia wracasz za rok tak jak było to w moim przypadku. W porozumieniu z dziekanem jest też możliwy wariant pośredni czyli urlop dziekański z możliwością realizowania wybranych zajęć.

Jeżeli zdecydujesz się na uczestniczenie w zajęciach w ciąży i możesz być narażona na duży wysiłek albo kontakt ze szkodliwymi substancjami (chemikalia, promieniowanie itp), to koniecznie zgłoś swój stan osobie prowadzącej zajęcia. Wiadomo, że nikt nie daje studentom niczego niebezpiecznego do rąk, ale lepiej dmuchać na zimne i poinformować kogo trzeba.

Dopiero w drugiej ciąży znalazłam się w podbramkowej sytuacji. To była końcówka studiów, ostatnia połowa ostatniego semestru, a ja (jak to zwykle ciężarna ja) leżę i zwracam nawet to czego nie zjadłam. Gdyby nie wyrozumiałość kilku wykładowców, to pewnie musiałabym powtarzać kilka przedmiotów. Do końca studiów zostało mi już tylko zaliczenie trzech przedmiotów, więc urlop dziekański nie wchodził w grę. Musiałam to skończyć. Muszę przyznać, że miałam szczęście, bo u innych wykładowców raczej na pewno by mi się to nie udało i… miałabym rok dłużej zniżki studenckie.

Udało mi się jednak wtedy na moją bladą, mizerną twarz wybłagać zaliczenie seminarium pomimo nieobecności, ale pod warunkiem przedstawienia prezentacji. Zaliczenie ćwiczeń z informatyki dostałam na podstawie rozwiązanych zadań i pisemnego zaliczenia. Prezentację odbębniłam ledwo żywa po nocy pod kroplówką, z wenflonem ukrytym pod koszulą, a egzamin i kolokwium zaliczeniowe z informatyki napisałam hurtem – nie wiem jak, ale się udało. Jedynie obronę pracy magisterskiej zostawiłam sobie na zimę, bo nie chciałam się narażać na żaden stres i wysiłek pod koniec ciąży.

Wyobraźcie sobie jednak minę wykładowcy, gdy opowiadam, że jestem w ciąży i tak fatalnie się czuję, że nie dam rady być na zajęciach, bo ciągle wymiotuję i wiem, że to nie przejdzie prędko, bo w pierwszej ciąży wymiotowałam bez przerwy do samego porodu. Reakcja była zawsze taka sama. Oczy jak pięciozłotówki, ręce opadnięte do podłogi, szczęka leży u stóp i pytanie: “To już DRUGIE?!“.

Zalety bycia mamą na studiach

1. Młody wiek
Masz już tylko umiarkowanie pstro w głowie, więc nie jesteś jeszcze przewrażliwioną dojrzałą matką, która przeżywa wszystko 50 razy intensywniej niż jej dziecko tylko idziesz na żywioł. Chętniej bawisz się z dzieckiem niż je edukujesz.
2. Czas
Nie pracując masz więcej czasu dla dziecka, o ile studiujesz zaocznie. Jeśli studiujesz dziennie, to trochę gorzej stoisz z czasem, ale i tak zawsze lepiej niż matka pracująca na full etacie. Masz 3 miesiące wakacji, dwie przerwy świąteczne, długie weekendy i ferie zimowe.
3. Dziecko najlepszą wymówką
Masz dobrą wymówkę by urwać się z wykładu, a potem bez wyrzutów sumienia sępić notatki od kolegów. No matce dziecka nie dadzą?! ;)  Z wykładowcami też można próbować tego numeru, ale z tym różnie bywa. Ja tego nie robiłam, ale Ty zrób jak uważasz. Najwyżej usłyszysz, że albo studia albo dzieci.
4. Lepsza organizacja czasu
Wiem to z własnego doświadczenia, że im mniej masz czasu, tym szybciej się uczysz. Zamiast szorować mieszkanie w czasie sesji, zajmiesz się dzieckiem, a w nocy kujesz wszystko śpiewająco. Nawet sprawozdania i projekty oddasz przed czasem w obawie żeby dziecko ich w międzyczasie nie zniszczyło.
5. Oszczędność na biletach i imprezach
Nie ma to jak darmowe bilety dla dziecka i bilety ulgowe dla matki. U nas tylko tata płacił zawsze cały bilet – staruszek ;) Mając dziecko nie masz czasu na imprezki – kaska zostaje w portfelu i wydajesz ją na pieluchy, ale to szczegół.

Minusy? Brak!

Ale jakby Wam przyszło coś do głowy, to dajcie znać w komentarzach ;)

 


PS. Nie wszyscy pewnie jeszcze zauważyli, ale na Tygrysiakach działa newsletter, do którego można się zapisać poprzez formularz na dole strony. Newsletter będzie używany do zadań specjalnych, w tym do rozsyłania niespodzianek – pierwsza niespodzianka już jest dostępna. Wystarczy się tylko zapisać i i cierpliwie poczekać na e-mail ;)