Mali ogrodnicy czyli sadzimy rośliny

kwiaty z parapetu

Ostatni weekend nie należał do najłatwiejszych. Pogoda za oknem zachęcała bardziej do leżenia w łóżku niż do aktywnego wypoczynku, a i zdrowie Tygrysiaków nie miało się najlepiej. Cóż więc począć w domu, gdy niesprzyjająca aura dopada nas ze wszystkich stron? Zadbać o otoczenie! Postanowiłam więc wytaszczyć z najczarniejszych czeluści mojej piwnicy skrzynki i posadzić w nich poziomki – słodki symbol lata, który niewielkim kosztem możemy mieć na wyciągnięcie ręki od czerwca do października.

Koszt całego przedsięwzięcia jest niewielki, bo jedyne 1,5-2 zł za rozsadkę. Gorzej z brudną robotą, którą jest sprzątanie po zakończeniu zabawy. Postanowiłam jednak pójść na żywioł i zamiast jak zwykle zamykać się po kryjomu w kuchni, włączyłam w prace mini-ogrodnicze dzieci.

Dziecko, które jest największym spontanicznym obserwatorem przyrody, bez wątpienia musi być dopuszczone do pracy z materiałem.

Maria Montessori, Odkrycie dziecka

Zgodnie z filozofią Montessori pozwoliłam więc dzieciom na swobodne działanie, czuwając jedynie nad tym, by nie rozsypały naszego sklepowego czarnoziemu po całej kuchni. Jak się okazało, dzieci były zachwycone możliwością przesypywania ziemi, upychania jej w donicach i zwilżania wodą z konewki. Udając ogrodników rozmawialiśmy o tym po co roślinom są korzenie, dlaczego chowają je w glebie, dlaczego ziemia nie może być sucha i w jaki sposób pewnego dnia pojawią się za naszym oknem poziomki.

Plan pracy małych ogrodników:

– kupić sadzonki i ziemię na targu

Super proste i przyjemne… niestety na miejscu okazało się, że zdobycie poziomek graniczy z cudem, bo żaden ze sprzedawców nie ma poziomek. Były pomidory, cukinie, zioła i kwiaty wszelkiej maści. Poziomek jednak brak, a my z Mateuszem przemierzając kolejne stoiska obrastaliśmy w coraz to piękniejsze kwiatki. No, bo jak tu odmówić sobie i jemu tych kilku złotych na piękne i kolorowe roślinki gdy poziomek zewsząd brak?!
W końcu, na ostatnim stoisku znaleźliśmy upragnione poziomki. Jeszcze tylko pozostało nam dotaszczyć zakupy wraz z ziemią do domu i misja ZAKUPY była zakończona.
Przy okazji niesienia roślinek do domu wyjaśniliśmy sobie jedną rzecz: Kwiatuszki tak samo jak drzewa są roślinami, ale różnią się tym, że można je połamać i dlatego NIE WOLNO NIMI WYMACHIWAĆ na wszystkie strony. I tak się połamały, bo Mati nie mógł wytrzymać bez wymachiwania siatką ;)

Kwiaty na parapecie

– przynieść skrzynki z piwnicy

Hmm… Zadanie godne zawodowego szperacza. W piwnicy światła brak, latarki również, za oknem szaro i ponuro. Słowem: ciemno, że oko wykol, a ja z uwieszoną na ramieniu Gabą przeszukuję piwnicę potykając się o rowery i pojemniki z wekami. Na szczęście ziemia w skrzynkach była tak wysuszona, że warzyły tyle co nic i wróciłyśmy zwycięsko z jedną skrzynką. Po resztę poszedł TT.

– przygotować miejsce do pracy

Nie wiem jak Wy, ale ja miałam do dyspozycji jedynie swoją małą kuchnię. Jasne ściany, jasne meble… po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że gdyby tak wkalkulować bałagan i ziemię rozsypaną na podłodze, to damy radę i to nawet bez nerwów. Wystarczy się tylko odpowiednio przygotować.
Tym razem nie zaprzęgłam do roboty żadnego z dzieci. Usunęłam z blatów kuchennych wszystko, co mogłoby ucierpieć podczas zabawy ziemią i przysporzyć mi dodatkowego sprzątania. Odsunęłam stół od ściany i przygotowałam wysokie krzesełko dla najmniejszego pomocnika.

– zorganizować narzędzia

Tu akurat było prosto. Zaadaptowałam łopatki i grabki do piasku. Odszukałam wszystkie łopatki jakie mamy, żeby nie było awantury, że dla kogoś zabrakło. Przygotowałam doniczki, sadzonkimiskę na ziemię żeby każdy miał dostęp do naszego sklepowego czarnoziemu. Napełniłam wodą konewkę.

I… wpuściłam dzieci.

Gabrysia - ogrodniczka

Mali ogrodnicy w akcji

Zabawę ziemią zaczęła Gaba, która na widok zabawy “w piaskownicę” w domu złapała za łopatkę i zgodnie z przewidywaniami rozpoczęła napełnianie doniczek. Mati w tym czasie pomagał mi sadzić rośliny ciągle powtarzając, że on jest teraz prawdziwym ogrodnikiem.

Mato dosypuje ziemięMati dosypuje ziemięNarzędzia pracyMati podlewa kwiatyKonewka

Po kilkunastu minutach Gabrysia została odsunięta od pracy za wysypywanie zawartości doniczek na podłogę,  a ja z Matim wysialiśmy nasionka. Miały być nasionka oregano, ale Mati tak bardzo nie mógł się doczekać wysiewania, że wysypał je wszystkie na podłogę.

Posialiśmy więc tylko szczypiorek i teraz czekamy na pierwsze oznaki młodego szczypiorku.

wysiew nasion

Zabawa w ogrodnika tak bardzo spodobała się Matiemu, że teraz ciągle pyta kiedy będziemy sadzić kwiatki na naszej działce. Żebym to ja wiedziała kiedy… Może za rok albo dwa?

A tymczasem nadszedł czas na refleksję nad naszą zabawą.

Zabawa w ogrodnika – edukacja poprzez zabawę

Zabawa w ogrodnika to świetna okazja do wytłumaczenia dziecku skąd się biorą kwiaty i owoce.

Nie trzeba być przyrodnikiem, by móc wytłumaczyć dziecku, że jak się wsadzi nasionko do gleby i je podleje, to po jakimś czasie wyrośnie z niego roślinka. Z roślinki wyrośnie potem kwiat, a z kwiatu zamiast Calineczki będzie owoc i nowe nasionko. Proste i spotykane na każdym kroku, ale przekonanie się o tym na własne oczy może sprawić, że dziecko połknie przyrodniczego bakcyla i zainteresuje się poznawaniem przyrody wykraczającym poza dłubanie kijem w kałuży. Być może będzie od tej pory sadziło każdą pestkę jaką znajdzie w owocu i zamieni swój pokój małą szklarnię ;)

Samodzielnie wyhodowane owoce i warzywa mogą być świetną zachętą dla dziecka do rozsmakowania się w nowych smakach. Dzięki temu dzieci nie tylko poszerzą swoją wiedzę o świecie przyrody, ale i podbudują poczucie własnej wartości – w końcu to ich własna praca przyniosła takie efekty! Z ich własnych nasionek wyrósł szczypiorek, który mają na kanapce, a w ogródku rosną kwiaty, które one same sadziły w ogródku – i jak tu nie być z siebie dumnym?

Poziomki

Własne wyhodowane na parapecie poziomki to mój sposób na Matiego, który poza jabłkami i bananami nie jada prawie żadnych innych owoców.

Już nie możemy się doczekać pierwszych zbiorów!