Czerwiec – podsumowanie miesiąca

tygrysiaki-dziewczynka-kapeluszu

Znowu przyszedł czas na miesięczne podsumowania blogowe i fejsbukowe. Z jednej strony aż trudno mi uwierzyć, że ten miesiąc tak szybko minął. Z drugiej strony, gdy zaczynam przeglądać posty na osi czasu tygrysiakowego fanpage’a aż nie mogę uwierzyć, że tyle rzeczy się w tym czasie wydarzyło.

Czerwiec jak co roku zaczął się Dniem Dziecka. Gdzie zabrać dzieci w wieku 1, 5 i 7 lat tak, żeby każdy z nich był zadowolony? Nie mieliśmy pojęcia. Dzieci jednak miały pojęcie i to dość konkretne… Na nasze nieopatrznie rzucone pytanie gdzie chcieliby pojechać na wycieczkę, starszaki zgodnym chórem odpowiedziały, że do IKEA. Moje serce pękło. Nie po to włóczę je po lasach, parkach, dziecięcych teatrzykach i muzeach, żeby ich jedynym pragnieniem w życiu była wycieczka do sklepu meblowego. Dzień Dziecka rządzi się jednak swoimi prawami, więc pojechaliśmy. Choć przyznaję się do tego z bólem.

Wizyta w IKEA okazała się naprawdę udana, bo oprócz standardowej sali zabaw, harcowania po ekspozycji z zabawkami i szybkim obiadku z ciastem czekoladowym na deser, na dzieciaki czekały baloniki i panie malujące twarze. Czyli wszystko, co maluchy lubią najbardziej. Coś mi mówi, że dzieciaki to sobie zapamiętały i za rok Dzień Dziecka spędzimy w tym samym miejscu.

RODO terror

Z końcem maja weszły w życie nowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, a raczej odnośnie karania za ich łamanie. W zawiązku z tym ludzi ogarnęła istna paranoja, która dawała się we znaki szczególnie podczas wizyt u lekarza. Kiedy opisałam na Facebooku moje wątpliwości czy nie przesadzamy zbytnio z tym RODO, z Waszej strony posypały się komentarze w podobnym tonie. Teoria teorią, ale kiedy poszłam do dentysty i mało nie umarłam ze strachu, to przestało być zabawnie. /Tak, wiem, że za bardzo się wszystkim przejmuję!/

***Opowieści grozy***
Poszłam wczoraj do dentysty. Wysiedziałam się w poczekalni prawie godzinę i już doszłam do wniosku, że najwidoczniej pomyliłam terminy, gdy ktoś grobowym głosem zawołał z wnętrza gabinetu:
– Osoba z godziny 13.
Zamarłam. Para obok mnie poderwała się i oświadczyli, że oni byli na 13:15. Chociaż była już godzina 13:52, to miałam ochotę ich przepuścić. Moja wizyta miała być krótka i przyjemna, miała trwać dosłownie tyle co błyskawiczna wymiana żartów z moją ulubioną dentystką:
– Boisz się?
– Jak zawsze!
– Ha ha ha! No to siadaj :D
Tym razem poczułam, że mam coś na sumieniu. Albo to ona ma zły humor i powzięła zamiar wyrwania mi bez znieczulenia zęba, którego miała tylko posmarować jakimś tajemnym mazidłem.
– Dobrze, że nie wzięłam Gaby na przegląd mleczaków – szepnęłam do siebie cichutko i grzecznie weszłam do gabinetu.
– O, cześć! Dzisiaj nie będziesz cierpieć, tylko ci pomaluję i możesz lecieć. Tylko weź mi tu jeszcze podpisz kartkę, bo RODO…
Ufff… No tak! Zakaz wołania po nazwisku. Przez to całe RODO prawie umarłam ze strachu!

Pisałam już o tym, że wołanie po numerze to pozbawianie człowieka godności. To teraz napiszę jeszcze, że przez wołanie po godzinie prawie dostałam zawału.

male-dziecko-samolot

Klikając w zdjęcie przeniesiesz się do wpisu, który wywołał burze na Facebooku.

Bezpieczeństwo dziecka w samolocie

Za sprawą niedawnej dyskusji, którą trochę przypadkiem wywołałam na Facebooku, krąży mi po głowie temat bezpieczeństwa małych dzieci w samolocie. Do tej pory sądziłam, że skoro w samochodzie dbamy o bezpieczeństwo dzieci i zapinamy je pięciopunktowymi pasami w foteliku, a w dodatku wozimy tyłem jak najdłużej się da, to wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że w samolocie powinny obowiązywać podobne standardy.

Jestem realistką i wiem, że dopóki nie wymuszą tego na rodzicach przepisy, dotąd niemowlęta będą podróżowały na nich kolanach, bez osobnego biletu. Rozumiem to. Zawsze jednak warto pamiętać o tym, żeby podczas lądowania i startu trzymać dziecko w możliwie najbezpieczniejszej pozycji i być przygotowanym na mocne szarpnięcia w razie konieczności mocnego hamowania. Tymczasem ku mojemu rozczarowaniu i lekkiemu przerażeniu okazało się, że większość rodziców jest święcie przekonana, że ta śmieszna pętla, którą zakładają niemowlęciu w samolocie naprawdę zapewnia mu całkowite bezpieczeństwo.

Z tego względu wrzucam fragment mojej odpowiedzi na jeden z komentarzy i bardzo Was proszę: dajcie znać, czy interesuje Was ten temat. Zbierać materiały do artykułu czy odpuścić?

Niemowlę na kolanach rodzica nie jest w samolocie bezpieczne. Od wielu lat trwa dyskusja na temat tego czy nie zabronić takiego sposobu przewożenia dzieci, ale przeważają względy ekonomiczne, a raczej interesy linii lotniczych.
Zanim napiszesz, że dziecko jest zawsze odpowiednio zabezpieczone, poczytaj jakie są zalecenia na ten temat. Najlepiej wytyczne organizacji zajmujących się bezpieczeństwem i prawami pasażerów.
Również dla kilkulatków są dostępne specjalne pasy, które mają je chronić przed obrażeniami i śmiercią w razie chociażby turbulencji -> strona producenta, gdzie również można znaleźć doniesienia o wypadkach z udziałem dzieci: http://kidsflysafe.com
W obecnej sytuacji dzieci w samolocie NIE są w ogóle zabezpieczone. Są narażone na takie samo niebezpieczeństwo jak my 20 lat temu, kiedy na tylnych siedzeniach w samochodach nie było pasów, a o fotelikach nikt nie słyszał. Tyle tylko, że wypadki lotnicze zdarzają się rzadziej niż samochodowe, więc nie ma presji ze strony rodziców na linie lotnicze i dzieci latają na dziko.

Kiedy mamę dopada alergia

W czerwcu jak nigdy dotąd potrzebowałam bardzo zwolnienia. Choróbska ciągnęły się za mną przez cały miesiąc i choć starałam się jak mogłam, żeby nie wpłynęły one na funkcjonowanie mojej rodziny i bloga, to poległam. Najpierw nieostrożnie schyliłam się po zabawkę i coś mnie strzyknęło w plecach. Bolało przez cały tydzień, a kiedy przestało wzięłam się za porządki i wielkie pranie.

Korzystając z pięknej pogody zamiast w suszarce bębnowej, wysuszyłam swoją pościel na słońcu. I to był błąd. Po ponad roku bez jakichkolwiek leków przeciwalergicznych dopadła mnie taka alergia, że żadne leki nie pomagały. Po tygodniu brania sterydów, kiedy wreszcie byłam w stanie wyjść na ulicę, napotkana przypadkiem koleżanka zapytała co mi jest, że tak charczę i świszczę. Doprawdy nie wiem jak ona to usłyszała, bo ja nic nie słyszałam. Swoją drogą, miałam wtedy tak zatkane uszy, że włączonego odkurzacza też nie słyszałam.

Od tej pory uważam, że suszarka bębnowa to najlepszy przyjaciel alergika. Oczywiście zaraz po oczyszczaczu powietrza 😉Ilość pyłków, która przyczepia się do prania podczas suszenia, wystarcza do wywołania naprawdę silnych objawów alergii. Po opanowaniu sytuacji znowu suszę wszystko w automacie i znowu nie muszę brać leków.

Co słychać  u najmłodszych Tygrysiaków?

Z całą pewnością jesteście ciekawe, co słychać u maluchów.

Wiem, że użycie formy niemęskoosobowej jest postrzegane jako dyskryminujące ojców. Prawda jednak jest taka, że ojcowie zwykle nie interesują się tym, co słychać u cudzych dzieci. Kobiety z kolei uwielbiają czytać podsumowania miesiąca, które opisują w szczegółach rozwój blogerskich dzieci. Ja tak mam i bez trudu mogłabym Wam wskazać kilka innych kobiet, które mają tą przypadłość 😉

tygrysiaki-rozrabiak

Tak więc, wracając do tematu…

Aniela – wiek: rok i 4 miesiące

Rośnie jak szalona. Akutalnie nosi rozmiar 92 i przewyższa większość swoich rówieśników średnio o pół głowy. Wzrostem dorównuje dwulatkom, umiejętnościami wspinaczkowymi i samodzielnością na placu zabaw również. Powoli zaczyna mówić i domagać się różnych rzeczy – zrobienia kucyka, przypięcia spineczki, podzielenia się ciastkiem, kanapką czy jogurtem. Ma na to wszystko dwa uniwersalne określenia: TU! oraz AM! Poza tym w kwestii mówienia wszystko inne jest Tato!. Niezależnie od płci, rodzaju i czasu.

Gabi – wiek: 4,5 lat

Jesteśmy w trakcie intensywnej nauki jazdy na rowerze. Najwięcej problemów przysparza jej startowanie, choć moim zdaniem bardziej brakuje jej przy tym odwagi niż umiejętności.
Jeśli zastanawiacie się nad zakupem biegówki dla Waszego malucha, to nie zastanawiajcie się ani chwili. Mati nie miał biegówki i uczył się jeździć na rowerze z bocznymi kołami. Nabrał przez to wielu złych nawyków, które utrudniały mu bezpieczne korzystanie z roweru dwukołowego. Gabi miała biegóweczkę, na której śmigała jak szalona. Nauka jazdy na rowerze dwukołowym idzie jej znacznie szybciej. Po kilku próbach mogę ją puścić samą i nawet jeśli nie czuje się pewnie, to umie zatrzymać rower i z niego zsiąść. Najczęściej jednak jeździ ubezpieczana rodzica czyli z ręką położoną luźno na jej plecach.

Mati – wiek: 7 lat

Pożegnanie zerówki za nami. Powitanie szkoły przed nami. Na myśl o początku września przypominam sobie mój pierwszy dzień w szkole i czuję ogromne wzruszenie. Co prawda, Mati nie będzie rozpoczynał nauki w tej samej podstawówce co ja, bo ja do pierwszej klasy chodziłam w Rabce. Jego podstawówką będzie jednak moje dawne gimnazjum, które wspominam najmilej z całej mojej szkolnej przygody. Nie wiem jak powstrzymam łzy prowadząc tym samym korytarzem mojego pierwszaka, a już kompletnie nie wiem jak wytrzymam spotkanie z moimi dawnymi nauczycielami. Coś mi mówi, że rozryczę się jak bóbr na widok mojej dawnej polonistki.

Ostatnimi dniami pojawiło się trochę obaw w związku z programem szkolnym. Zastanawiam się jak Mati sobie będzie radził z niektórymi przedmiotami, przede wszystkim z angielskim, którego nie znosi. Optymizmem nie napawa mnie też matematyka, bo odkąd dowiedziałam się jaki jest zakres programu dla pierwszaków, boję się, że Mati będzie się nudził na lekcjach i zacznie rozrabiać. Oby to były obawy na wyrost.

Jeśli macie dzieci w wieku szkolnym, to napiszcie mi jak to wyglądało u Was. Zaczynam panikować i potrzebuję Waszego pokrzepienia!

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes