Jak uratowałam laktację w kryzysie

laktator-reczny-w-tle-mama-i-dziecko

Trafił do mojego domu bez zaproszenia. Wciśnięty w szpitalu tuż przed wyjściem do domu. Uznany za całkowicie zbędny, a nawet lekko wyśmiany. Przecież JA nigdy nie miałam problemów z brakiem pokarmu w piersiach. Problemy to ja miałam, owszem, ale raczej z jego nadmiarem niż niedoborem. Mimo to wzięłam go do domu, bo jak mawiała moja mama „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby” i nigdy nie wiadomo co się matce jeszcze w życiu przyda. Poza tym, w tamtej chwili, miałam bliżej do torby niż do kosza na śmieci.

Wrócił z nami ze szpitala. Samotnie przeleżał na dnie torby kilka dni zanim jakaś życzliwa mu dusza przerzuciła go do szuflady mojej bieliźniarki. Tej samej, w której trzymam termometr i wszystko, co potrzebne do podania starszemu synowi zastrzyku w razie nagłego ataku duszności. Za każdym razem, gdy ją otwieram, mówię po cichu „a żebyście się mi nigdy nie przydały!”. Niestety ON nie posłuchał. Zaprzyjaźnił się z termometrem i razem bezczelnie czekali na swoją kolej.

No i doczekał się.

Kryzys laktacyjny przychodzi z nienacka

Tak naprawdę nic nie zwiastowało problemów. Temperatura powietrza kolejny już dzień sięgała 37 stopni, więc Aniela jadła mniej, ale za to częściej starałam się ją przystawiać do piersi. Winą za to obarczałam w równym stopniu upał i ząb, który pchał się niemiłosiernie na świat powodując lekkie rozdrażnienie i spadek apetytu. Nie zauważyłam jednak, abym miała mniej pokarmu w piersiach.

Potem wszystko potoczyło się lawinowo. Pojawił się stres, nerwy z mniej lub bardziej ważnych powodów. Do tego przeszedł mi zapał do gotowania, bo jak tu stać przy garach w taki upał. Odpuściłam. Zamiast obiadu zjedliśmy kanapki, a na kolację owoce.

Chwilowy brak apetytu małej rozciągnął się na kilka dni. W moim matczynym umyśle opętanym misją tuczenia dziecka z wagą oscylującą wokół trzeciego centyla zapaliła się lampka kontrolna. Bo wiadomo: jeśli dzieć nie je dwa dni to cały wysiłek włożony w pilnowanie prawidłowej wagi pójdzie na marne. A jak mówią pediatrzy i mądre książki, masa ciała poniżej trzeciego centyla świadczy o niedożywieniu.

Sięgnęłam więc po laktator, żeby odciągnąć mleko do przygotowania kaszki i mnie zamurowało. Nie leci! Ledwo kapie! Po pół godzinie pompowania i masowania obu piersi uciągnęłam ledwo 60ml!

Pierwsza reakcja to szok i niedowierzanie. No, bo jak to? Zwykle ciągnę 200ml z jednej piersi, a tu po całej nocy bez karmienia ledwie marne 60?

Jak szybko i skutecznie zażegnać kryzys laktacyjny?

W głowie momentalnie stanął mi nieproszony gość z porodówki – Femaltiker.

Pędem poleciałam szykować prolaktacyjną miksturę. Zgodnie z informacją na ulotce zagrzałam mleko i rozpuściłam saszetkę. Spróbowałam. Hmm… smakuje prawie jak kakao. Idealne do śniadania 😉

Ze względu na mechanizm działania zaleca się spożyć Femaltiker na 30 minut do 1 godz. przed planowanym karmieniem/odciąganiem pokarmu. Zwartość saszetki należy rozpuścić w ok. 150 ml mleka (…) i dokładnie wymieszać.

Zrobiłam wszystko jak kazali w instrukcji i czekam. Liczę minuty, kwadranse. Zastanawiam się czy to ściema, pic na wodę i fotomontaż czy faktycznie działa.

Głównym (i zdaje się, że jedynym) składnikiem Femaltikera jest słód jęczmienny, czyli główny składnik piwa. Wiem z doświadczenia, że wypicie niepełnej szklanki piwa imbirowego przy karmieniu potrafi wywołać u mnie mleczny potop, więc mam nadzieję na sukces. Z drugiej strony macam się po biuście, nasłuchuję i nie wydaje mi się, aby coś tam w ogóle się działo :/ Lipa jak nic – myślę sobie.

W końcu nie wytrzymuję. Trzy kwadranse nerwowego oczekiwania na efekt tego niby-magicznego specyfiku i nic się nie dzieje. Sięgam po laktator, ale bez większego entuzjazmu, bo przecież dopiero co ściągnęłam wszystko do ostatniej kropli.

A tu… miła niespodzianka. Jest! Leci i to kilkoma strumieniami! Cud jakiś! Cud!

Femaltiker działa! Naprawdę działa! Mam ochotę wykrzyczeć to całemu światu!

Z radości gadam o tym przez cały dzień. Bez przerwy. Prawie każde zdanie zaczyna się albo kończy słowem Femaltiker.

Dlaczego jęczmień ratuje laktację?

Nie byłabym sobą-biotechnologiem, gdybym nie wyjaśniła Wam jak to się dzieje, że Femaltiker naprawdę działa. Tym bardziej, że jego główny składnik czyli słód jęczmienny i beta-glukan prześladowały mnie na studiach przez kilka semestrów, efektem czego skład chemiczny piwa i proces jego produkcji mam w małym palcu. Przynajmniej w teorii ;)

Femaltiker zawiera ekstrakt słodu jęczmiennego – bogatą mieszaninę polisacharydów, z których najważniejszym składnikiem dla kobiety karmiącej piersią jest beta-glukan. To właśnie beta-glukan stymuluje komórki przysadki mózgowej do prolaktyny, czyli hormonu pobudzającego produkcję mleka.

Beta-glukan występuje również w piwie, które jest znane jako domowy sposób na rozhulanie laktacji. Jego zawartość w piwie jest jednak niewielka (dla mnie wystarczająca), gdyż jest on składnikiem bardzo mocno niepożądanym, bo powoduje zmętnienie i powstawanie osadu.

Zamiast bezalkoholowego piwa lepiej więc zrobić sobie drinka z Femaltikera, a kryzysowi laktacyjnego pomachać na pożegnanie ręką.



Ten post nie jest sponsorowany. Ta historia wydarzyła się naprawdę, choć mnie samej też trudno w to wszystko uwierzyć.

  • Oj jakbym czytała trochę o sobie…;) Przypominam sobie to wszystko z uśmiechem na twarzy! Femaltiker działał na mnie jak nic innego, czasami aż do przesady…;P