Wózek typu parasolka

SONY DSC
W dzisiejszym wpisie będzie o tym, co Tygrysiaki lubią najbardziej, czyli o naszym wózku typu parasolka.

Dla niezorientowanych w temacie wyjaśniam: jest to lekki spacerowy wózeczek, który po złożeniu zajmuje zaskakująco mało miejsca. A konkretnie tyle, co mniej więcej 4 duże parasole. Najczęściej dodatkowo wyposażony w uchwyty przypominające rączkę od parasola (stąd się podobno wzięła ta nazwa).

Jest to zdecydowanie mój ulubiony rodzaj wózka.

Przeciwnicy twierdzą, że parasolki są mało stabilne, mają za małe kółka, które się często blokują na wertepach… Dzieciom jest w nich niewygodnie, bo nie mają usztywnionego siedziska i nie rozkładają się do pozycji leżącej. I nie mają budki.

 

Dwa ostatnie argumenty obali każdy, kto obejrzał chociaż kilka wózków tego typu na wystawie. Są takie bez regulacji oparcia, są też i takie bez budki. Ale czasy gdy wszystkie parasolki były tak ubogo wyposażone odeszły dawno w niepamięć. Producenci robią, co mogą żeby zadowolić nawet najbardziej wymagających rodziców. Na rynku są dostępne dziesiątki modeli w różnych cenach, wariantach i kolorach.

 

My korzystaliśmy przez 3 lata z wózka Travel marki BabyDesign. Niestety po kilku naprawdę dobrych latach użytkowania usztywnienie w oparciu się połamało i przestało leżącej w nim Gabci przestało być wygodnie. W desperacji, na szybko kupiliśmy inny wózek. (Na marginesie dodam, że mimo uszkodzenia korzysta z niego do dziś inne, dużo starsze dziecko, które nie musi w nim leżeć.)

Po dwóch miesiącach męki z nowym wózkiem nasz śliczny różowy wehikuł wylądował w komisie, a my zamówiliśmy nowy model naszego starego wózka w sklepie internetowym (zależało mi na najnowszym modelu, który miał powiększoną budkę).

Do dziś pamiętam swoją radość jak wróciłam ze spaceru i potknęłam się w przedpokoju o pudło z nowym wózkiem. Radość była tym większa, że otwierając drzwi zastanawiałam się, czy ktoś ze sklepu już go wysłał, czy też zamierzają czekać z tym do poniedziałku (był piątek, a zamówienie złożyliśmy w czwartek popołudniu).

Tygrysiaki naprawdę uwielbiają naszego Travela. Kochają go. I nie jest to wpis sponsorowany!

To wózek, który prawie same zalety. Zajmuje bardzo mało miejsca w bagażniku. Ma małe, zwrotne kółka, które właściwie same jadą po chodniku. Siedzisko jest miękkie i wygodne. Dzieciaki siedzą w nim stabilnie i nie kołyszą się na boki na wertepach, bo po takowych też zdarzało się nam niejednokrotnie jeździć.

Wszystko co potrzebne jest w zasięgu ręki rodzica (albo w kieszeni budki albo w koszyku pod siedziskiem). Parasolkowe uchwyty pozwalają na wieszanie na nich siatki z zakupami, smyczy dla psa i wszystkiego innego co tylko da się powiesić. Pozwalają też na błyskawiczne założenie folii przeciwdeszczowej – po prostu ją narzucamy bez rozwiązywania. Dodatkowym atutem nowych modeli jest rozkładana, powiększona budka chroniąca przed słońcem.

Jak mój mąż porwał własnego syna, czyli tata składa wózek

Jedynym problemem, jaki pojawił się przy używaniu wózka parasolki, było składanie go. Wiąże się z tym pewna historia, która należy do naszych ulubionych rodzinnych anegdot. Posłuchajcie…

Pewnego dnia, kilka miesięcy zakupu wózka, umówiliśmy się w Wielkim Mieście. Tata z Maciem mieli odebrać mnie po egzaminie i razem mieliśmy się wybrać na zimowy spacer. Wszystkie niezbędne rzeczy były przygotowane w torbie. Mój mąż jak zwykle bezproblemowo poradził sobie z nakarmieniem i ubraniem Macia. Bez większych przystanków dotarli nawet do garażu (ok. 500metrów od naszego domu).

Właściwie wszystko, włącznie z ulokowaniem małego w foteliku, szło gładko. Do momentu gdy K uświadomił sobie, że nie ma bladego pojęcia jak złożyć wózek. Oglądał go ze wszystkich stron, próbował naciskać w różnych miejscach, ale nic to nie dawało. Stał i zastanawiał się co zrobić, aż zorientował się, że ktoś z domu obok obserwuje go przez okno, a Maciu uwięziony w foteliku zaczyna się denerwować…

Co tu zrobić?

Telefon do żony odpada, bo egzamin… Do sklepu, w którym kupiliśmy wózek trochę daleko… Ale nagle wpadł mu do głowy chytry plan. Zapyta kogoś na ulicy. Kogoś, kto sam wygląda jakby miał dzieci.

Pierwsza napotkana osoba wyglądała trochę staro (może nie wiedzieć), zresztą to był facet (tym bardziej pewnie by nie wiedział). Ale nic to. Patrzy, idą dwie kobiety.

  • Przepraszam, czy nie wie pani jak się składa ten wózek?

Kobieta patrzy zdziwiona. Pewnie pomyślała, że to ukryta kamera albo „Usterka”…

  • Ten?
  • No tak, ten. Nie mogę go wsadzić do auta.

Kobieta ogląda wózek i oczywiście BINGO! Bezbłędnie wskazuje miejsce w którym trzeba nacisnąć.

  • O, dziękuję! – uradowany sprawdza czy działa i pospiesznie oddala się z wózkiem i Maciem w stronę garażu.

Nagle słyszy za sobą:

  • Ale nie ukradł Pan dziecka???

No tak! Przytomny umysł wybawczyni mojego męża zadziałał prawidłowo. W końcu działo się to w czasie gdy cała Polska szukała o zaginionej Madzi, a jej matki jeszcze nikt o nic nie podejrzewał.

Ta historia pewnie na tym by się skończyła gdyby nie to, że 4 miesiące później mój mąż, który zarzekał się, że teraz już na pewno poradzi sobie ze składaniem wózka (jakby wcześniej też nie był o tym przekonany).

Znowu więc ta sama historia: mama w Wielkim Mieście, oni dwaj mają po mnie przyjechać, a potem wspólny spacer… I znowu ten nieszczęsny wózek! Tym razem już nie pytał. Odwrócił wózek do góry kółkami i… wcisnął siłą na przednie siedzenie!

Chyba bał się, że znowu ktoś weźmie go za porywacza ;)