Szkoła publiczna czy prywatna – która lepsza?

przerwa-w-szkole-uczniowie-w-sali

Niedawno trafiłam na jednej z grup na dyskusję na temat problemów z nauczycielem. Jak z rękawa posypały się rady, bo zapisać dziecko do prywatnej szkoły. Najlepiej do szkoły z dobrym podejściem, czytaj: w duchu jakiejś metody – montessori, waldorfskiej albo demokratycznej. W zasadzie jedynym wspólnym mianownikiem tych rad było stwierdzenie, że „tradycyjna szkoła to zło!”.

Zaryzykowałam i stanęłam w obronie tej znienawidzonej, tradycyjnej szkoły.

Dlaczego bronię tradycyjnej szkoły?

Kto z Was jest ze mną dłużej, na pewno pamięta, że Mati tuż po rozpoczęciu pierwszej klasy zmieniał szkołę. Wypisałam go ze szkoły rejonowej, do której sama chodziłam, którą kochałam miłością ogromną, w której spędziłam najlepsze lata mojego życia. Wypisałam go, bo… nauczycielka okazała się do bani. Jej „metody pracy” stresowały dzieci, a wszelkie sugestie i próby rozmowy ze strony rodziców były odrzucane. Pisałam o tym tutaj: Stres w szkole

W poczuciu kompletnej bezsilności przeniosłam Matiego do szkoły, do której chodził jego najlepszy kolega z zerówki. Uznałam, że co by się nie działo, to i tak o wiele łatwiej mu będzie to znieść z przyjacielem u boku. Dałam nowej szkole ogromny kredyt zaufania. I wiecie co? Ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji.

Mati trafił na empatyczną nauczycielkę, która traktuje swoich uczniów z szacunkiem. Taką, która jak chciała przesadzić dzieci, to zapytała je najpierw o zdanie, a kiedy powiedzieli, że serduszka będą im z tego powodu krwawić, to… odstąpiła od tego pomysłu. Rozumiecie to?

Rozumiecie jak wspaniałą relację zbudowała z klasą, jeśli mieli odwagę powiedzieć jej, że „serduszka będą krwawić”?

Szkoła w czasach zdalnego nauczania

W ostatnim czasie spotkałam się również z głosami, że szkoła tak naprawdę nie ma znaczenia, bo i tak wszystko odbywa się zdalnie – czytaj: rodzic jest zdany sam na siebie. Otóż, wcale nie musi tak być!

dziewczynka-siedzi-przy-biurku-przy-laptopie

Jestem zaskoczona, kiedy słyszę, że trzeba przenieść dziecko do prywatnej szkoły, żeby nie siedzieć z nim nad lekcjami. Również w publicznych szkołach pracują nauczyciele, którzy stawali na głowie, żeby wesprzeć swoich uczniów i rodziców(!) w zdalnej edukacji.

Muszę jednak przyznać, że w tej sytuacji szkoła sama w sobie faktycznie na ma znaczenia. Zdalne nauczanie w klasie mojego syna wyglądało z mojego punktu widzenia bajecznie – lekcje online odbywały się 3 razy w tygodniu po 1,5 godziny. W tym czasie dzieci nie były odpytywane. W tym czasie realizowany był program, a ja w te dni nawet nie zaglądałam do książek. W pozostałe dni dostawaliśmy listę zadań do zrobienia samodzielnie, ale zawsze z tyłu głowy miałam poczucie, że w razie problemów albo braku czasu mogę zadzwonić do wychowawczyni i ona wytłumaczy mojemu synowi, jak należy zrobić zadanie. W zasadzie to dostaliśmy podczas zebrania burę, że za mało ją angażujemy, ale to szczegół. 

Nie wszędzie było tak różowo. W innej klasie, w tej samej szkole, lekcje online odbywały już tylko raz w tygodniu przez godzinę, a w tym czasie pani głównie ich odpytywała. Jak widać, różnie to bywa.

Zanim ktokolwiek rzuci nieprzychylnym komentarzem pod adresem nauczycieli, pamiętajcie, że wirtualne spotkanie całej klasy, albo nawet połowy angażuje także całą rodzinę ucznia. Wiele dzieci w klasach 1-3 nie ma komputera na wyłączność i musi go dzielić ze starszym rodzeństwem albo pracującym zdalnie rodzicem.   Poza tym, nawet jeśli dziecko ma do swojej dyspozycji komputer, to zdarza się, że nie ma obok nikogo do pomocy. Pierwszak ledwo składający litery może zwyczajnie nie ogarnąć logowania się na platformę, gdzie odbywa się lekcja.

Zdalna praca nauczyciela to nie fikcja

Codziennie spotykam się z podejściem, że w klasach 1-3 rodzice bez problemu są w stanie uczyć dzieci, bo przecież każdy z nas umie czytać, pisać, a nawet mnożyć do 100.

Wsparcie nauczyciela w zdalnym nauczaniu jest ważne również na etapie klas 1-3. To prawda, że materiał do przerobienia z dzieckiem nie wykracza poza wiedzę i umiejętności przeciętnego rodzica.

Nauczyciel ma jednak coś, czego nie ma większość rodziców – przygotowanie metodologiczne. Wie, jak wytłumaczyć ośmiolatkowi co to są liczby parzyste i na co zwrócić uwagę podczas stawiania pierwszych literek. Umie wesprzeć dziecko w poradzeniu sobie z porażką, kiedy dostanie dwóję z dyktanda. Albo kiedy wybuchnie wielkim płaczem z powodu czwórki z matematyki… W takich momentach koło ratunkowe w postaci telefonu do nauczyciela jest na wagę złota.

Wiem, że jestem wielką szczęściarą, bo w razie problemów mogę napisać do nauczycielki Matiego bez obaw, że przypnie mi łatkę niekompetentnego rodzica. Jestem jednak pewna, że takich nauczycieli jest dużo więcej. Również w publicznych, bezpłatnych szkołach.

Wróćmy jednak do głównego wątku, czyli poszukiwania najlepszej szkoły dla dziecka.

uczniowie-siedza-w-lawce

Jak znaleźć dobrą szkołę?

Tak jak w przypadku przedszkola, popytaj wśród znajomych która szkoła ma dobrą opinię. Czasy, kiedy posyłało się dziecko do rejonówki, bo nikt się nad tym nie zastanawiał, powoli odchodzą do lamusa. Tak samo jak godzenie się na to, by nauczyciel stresował dziecko i poniżał je przed całą klasą.

Nie patrz na to czy uczniowie mają do dyspozycji przestronny budynek, dużą salę gimnastyczną, nowoczesną tablicę multimedialną w każdej sali czy dobrze wyposażoną bibliotekę.

Zapytaj znajomych, niech polecą ci dobrą szkołę w okolicy. Nie musi to być szkoła w innym systemie ani prywatna. Wystarczy mądry nauczyciel z podejściem do dzieci, który chce i umie wesprzeć także rodzica.

Jeśli stoicie, tak jak my w tym roku, przed wyborem szkoły dla swojego siedmiolatka, to pamiętaj, że tak naprawdę wszystko zależy od nauczyciela. Od jego chęci, empatii, zapału do (współ)pracy i doświadczenia. Chociaż to ostatnie nie jest konieczne, bo dobry nauczyciel wcale nie musi mieć za sobą wielu lat pracy.

To od konkretnego nauczyciela będzie zależało czy Twoje dziecko pokocha szkołę. Czy rozbudzi w nim chęć zdobywania wiedzy. Czy będzie umiał rozwiązywać problemy klasowe z poszanowaniem uczuć dziecka. Czy rozbudzi w nim ciekawość świata zamiast ustawić je w blokach startowych wyścigu szczurów. Dlatego przed zapisaniem dziecka do szkoły…

Poznaj nauczycieli

We wrześniu Gabrysia zacznie pierwszą klasę. Zapisaliśmy ją do tej samej szkoły, do której chodzi Mati. Zrobiliśmy to ze względów logistycznych, ale i z powodu nauczycielki, która po wakacjach obejmie pierwszą klasę. Nauczycielki, która uczyła Matiego w zerówce.

Wiem, że nie każdy rodzic ma ten luksus, że zna nauczyciela, do którego klasy trafia jego dziecko. Są jednak sprawdzone sposoby, żeby to nadrobić.

  • Koniec języka za przewodnika. Warto więc zadać sobie trudu i choć trochę zorientować się w sytuacji, zasięgnąć opinii u znajomych. Albo i u nieznajomych na lokalnej grupie.
  • Wybierz się na dzień otwarty i porozmawiaj z nauczycielami.
  • Kiedy usłyszysz, że szkoła dba o wysoki poziom nauczania, zapytaj czy w równym stopniu dba o jego rozwój emocjonalny.
  • Spróbuj wyczuć czy rodzice traktowani są jak zło konieczne, a spotkania z nimi jako okazję do ponarzekania sobie na ich dzieci. To naprawdę nie musi tak wyglądać.
  • Zwróć uwagę na to, czy nauczyciel zwraca się bezpośrednio do dziecka czy też traktuje je jak powietrze podczas rozmowy z Tobą.
  • Dowiedz się jakie są wrażenia dziecka. Nie bagatelizuj ich.

uczennica-w-okularach-smutna

Dobra atmosfera jest ważniejsza od nowoczesnego budynku

Szkoła to nie budynek tylko ludzie, którzy codziennie do niej przychodzą. Dziecku w szkole najbardziej potrzebna jest przyjazna atmosfera i poczucie bezpieczeństwa. Tak, jak w domu.

Nauczycielka (bo w klasach 1-3 zwykle uczą kobiety) musi dla dzieci trochę jak mama albo ciocia z przedszkola. Zamiast kierować się chęcią zrealizowania programu za wszelką cenę powinna mieć na względzie potrzeby uczniów i ich tempo pracy.

Nie dajcie sobie wmówić, że takie podejście mają jedynie nauczyciele w szkołach prywatnych.

View this post on Instagram

Niedawno trafiłam na jednej z grup na dyskusję na temat problemów z nauczycielem. Jak z rękawa posypały się rady, bo zapisać dziecko do prywatnej szkoły. Albo do jakiejś szkoły z podejściem, czytaj: w duchu jakiejś metody. Zaryzykowałam i stanęłam w obronie „tradycyjnej” szkoły. Bo tak naprawdę wszystko zależy od nauczyciela. Od jego chęci, empatii, zapału do pracy i doświadczenia. Chociaż to ostatnie nie jest konieczne, bo wspaniały nauczyciel nie musi mieć za sobą wielu lat pracy. Na zdjęciu Mati trzyma bukiet lawendy dla ulubionej nauczycielki. Za serce. Za cierpliwość. Za to, że udowadnia, że nie trzeba zapisywać dziecka do prywatnej szkoły, żeby było… po prostu SUPER❤️ #zakonczenieroku #wakacjetużtuż #polishkid #lawenda #lavender #uczen #szkola #polishschool #dziecko #syn #elegant #dlanauczyciela #ostatnidzienszkoly #kid #kidstagram #wzorowyuczeń #flowers #kwiaty #bukiet #lawendowelove

A post shared by  Ania Janda (@tygrysiaki) on

Na tym zdjęciu Mati trzyma bukiet lawendy dla swojej ulubionej nauczycielki. Za serce. Za cierpliwość. Za wsparcie. Za to, że udowadnia, że nie trzeba zapisywać dziecka do prywatnej szkoły, żeby było… po prostu SUPER❤️