Nie pytaj dziecka co jadło w przedszkolu!

dwoje-dzieci-je-zupe

Pierwsze dni w przedszkolu to czas, kiedy trudno  powstrzymać się rodzicom od zadawania dociekliwych pytań:

– Co robiłeś?
– W co się bawiłaś?
– Masz już jakąś koleżankę/kolegę?
– Byliście na spacerze?

 

Kwestia jedzenia i niejedzenia w przedszkolu jest dla mam na tyle ważna, że prawie każda z nas odbierając dziecko prędzej czy później zapyta co było na obiad.

Tymczasem najważniejsza zasada, jaką powinien znać rodzic przedszkolaka, brzmi:

Nie pytaj dziecka co jadło w przedszkolu!

Pod tą zasadą podpisuję się osobiście – ja, to jest doświadczona mama przedszkolaków. Dlaczego? Oto powody.

1. Dziecko zacznie pleść bzdury, a Ty wpadniesz w panikę.

– Mamo, dzisiaj na obiad były pierogi z kupą! Nikola mi tak powiedziała i naprawdę tak było – oświadczył pewnego dnia Mati.

Wstrzymałam oddech, oczy wyszły mi z orbit, serce stanęło, a mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach, co o mały włos nie zakończyło się omdleniem. Spróbowałam racjonalnie podejść do tematu.

Maluchy musiały coś pokręcić. Kupa? Na obiad?! Bez jaj! (To znaczy bez kup)
W przedszkolu jest przecież catering, a żadna poważna firma nie dałaby dzieciom na obiad odchodów… Katering w przedszkolu już z samej definicji jest owiany złą sławą, ale naprawdę mało prawdopodobne, żeby nawet panie w przedszkolu nie zareagowały.

Zaufanie zaufaniem, ale skontrolować trzeba

Następnego dnia zaraz po wejściu do przedszkola podeszłam do tablicy z jadłospisem i z drżącym sercem sprawdziłam co dzieciaki jadły na obiad. Po chwili zaniosłam śmiechem. Na kartce jak byk było napisane pierogi z mięsem!

Musicie wiedzieć, że pierogi z mięsem to ulubione danie Matiego. Tak bardzo ulubione, że popłakał się jak mu o tym powiedziałam. Biedak nie mógł znieść tego, że przez tą swoją łatwowierność nie zjadł ulubionego dania. Od tej pory nie słucha już jednak nikogo, tylko sam próbuje czy coś mu smakuje czy nie.

Ja również dzięki tej historii nauczyłam się nie wierzyć do końca dzieciom i ich barwnym opowieściom o koszmarnym jedzeniu. Wyobraźnia przedszkolaków nie zna granic.

Popytajcie znajomych, a znajdziecie mnóstwo podobnych przypadków, na przykład zupę z pokrzyw i trawy (zielenina) albo naleśniki z krwią (sos malinowy). Żółty kompot z kolei to zwykłe siki (i dzieci naprawdę w to wierzą!!!).

2. Twoja panika będzie uzasadniona. Przynajmniej w części.

Jeśli dbasz o zdrowe jedzenie w domu i ograniczasz dzieciom słodycze (albo chociaż próbujesz to robić) to dieta przedszkolna również może Cię przyprawić o zawrót głowy.

– Mamo, a kiedy ugotujesz nam czekoladowy makaron?
– Czekoladowy?! Nie mamy takiego.
– No, a myśmy jedli taki w przedszkolu. Z sosem truskawkowym 😀

Zamarłam. Ja tu walczę, żeby moje dzieci nie jadły słodyczy na obiad, a oni mi tu z czekoladowym makaronem wyskakują! Wersję Gaby potwierdził też Mati, który fachowo wyjaśnił mi jak ten nieszczęsny makaron był zrobiony, jak wyglądał i dlaczego tak bardzo im smakował.

Czekoladowy makaron zrobił na mnie piorunujące wrażenie, chociaż ciocie z przedszkola (ku rozpaczy maluchów) nie powtórzyły więcej tego kulinarnego eksperymentu, to i tak poczułam się jakbym została ugodzona sztyletem w samo serce.

Ja tu staram się, gotuję makaron, własnoręcznie robię pesto ze świeżych ziół (zdrowe, nienasycone kwasy tłuszczowe i antyoksydanty!!!), a oni mi tu z czekoladowym makaronem! Skąd one w ogóle biorą takie pomysły?!

Wrażenia nie robią już na mnie prośby o wody smakowe, które Mati swego czasu przynosił Gabie z każdej przedszkolnej wycieczki. Pozostaję też niewzruszona podczas prób wrzucenia do koszyka pseudo-jogurtowych deserków z podejrzanym składem, na widok których każda fit-mama dostaje zawału.

Po kilku latach posyłania dzieci do przedszkola jestem już przyzwyczajona do dziwnych odkryć podczas zakupów.

– Mamusiu, kup mi Bakusia/Darusia/Smoczusia.
– A co to jest?
– Taki serek. Jedliśmy go w przedszkolu.

Czekoladowy makaron jednak mnie zaskoczył i zmusił do głębszego zastanowienia.

Ustąpić czy walczyć?

Nie chcę tutaj szkalować żadnego z przedszkoli moich dzieci. Regularne studiowanie wywieszonego w szatni jadłospisu utwierdza mnie w przekonaniu, że przedszkolna dieta nie odbiega bardzo od naszej domowej.

Makaron z dodatkiem kakao, pieczone na miejscu drożdżówki, gofry i pizza to jedzenie niezwykle rzadko goszczące na stołach maluchów. O wiele częściej pojawiają się na nim owoce, warzywa i świeże surówki, jakich w domu moje dzieci nawet nie uświadczą (a jeśli już, to nawet nie spróbują). Grubą przesadą byłoby więc interweniowanie w sprawie makaronu, bo to przecież w przedszkolu moje dzieci polubiły kiszoną kapustę czy ogórki.

Przy tej okazji uświadomiłam sobie jednak bardzo ważną rzecz.

Nie wiem jaki masz stosunek do diety swojego dziecka. Być może dajesz mu codziennie przysłowiową parówkę z białą bułą pełną glutenu, a może wegański serek tofu i kromkę razowca. Może każdy niedzielny obiad jecie w restauracji pod złotymi łukami. Może raz na jakiś czas pozwalasz dziecku jeść czekoladki garściami, a może Twoje dziecko w ogóle nie wie jak smakują żelki.

Nie ważne.

Ważne jest to, że:

Oddając dziecko do przedszkola tracisz zupełnie kontrolę nad tym co je.

Zanim zaczniesz walczyć o to, co dzieci dostają do jedzenia w przedszkolu, dokładnie zbadaj sytuację. Dowiedz się czy Twoim zdaniem niezdrowa przekąska albo produkt  jest codziennym elementem menu.

Jeśli jest to kwestia kilku cukierków w tygodniu, a Ty jako rodzic się na to nie godzisz, to powiedz o tym wychowawcy. Z pewnością to uszanuje.

Jeśli przywiązujesz dużą wagę do kwestii żywienia i dostajesz zawału czytając przedszkolne menu: pierwsze śniadanie biała bułka, drugie przecierowy sok marchewkowy znanej marki, a na obiad smażona ryba bez certyfikatu, to… poszukaj innej placówki.

Możesz być walecznym rodzicem, całkowicie oddanym słusznej idei zdrowego żywienia dzieci, ale w większości przedszkoli i tak niewiele zmienisz. Takie są niestety wnioski z rozmów z innymi rodzicami, ale też ze znajomymi, którzy pracują w różnych punktach opieki. Szanse, że uda się przeprowadzić kulinarną rewolucję są bardzo małe.

Trudno z dnia na dzień wprowadzać zmiany organizacyjne, jeśli przedszkole działa w ten sam sposób od wielu lat. Wprowadzenie zdrowszych, ale droższych produktów (np. świeżo wyciskanych soków, posiłków gotowanych na parze) wiąże się z podniesieniem stawki żywieniowej, do czego trzeba przekonać wszystkich rodziców. Również tych regularnie popijających oranżadę i stołujących się w budce z kebabem. Dlatego też najlepiej jest pomyśleć o tym już na etapie składania podania o przyjęcie.

Warto zadać sobie więcej trudu i poszukać przedszkola ze zdrową kuchnią albo chociaż takiego, gdzie pierwsze i drugie śniadanie przynosi się z domu. Wtedy możemy być spokojni o zdrowe nawyki żywieniowe maluchów.

5.00 avg. rating (98% score) - 2 votes
  • Ja słyszę, że jedli obcięte głowy albo konkretną osobę, więc raczej nigdy nie przyszło mi do głowy traktować tego poważnie ;)

    • Ja też nie traktuję do końca poważnie wszystkich opowieści, ale czasem nie potrafię rozgryźć skąd biorą się im takie skojarzenia.

  • Generalnie panuje zasada, że to co dzieje się w przedszkolu, tam zostaje, bo dziecko ma bujną wyobraźnie :) To samo dotyczy domu!

    • Coś w stylu: „Prosimy nie wierzyć we wszystko co mówi dziecko i obiecujemy, że my też nie będziemy”? ;)

      Generalnie się zgadzam, ale mimo wszystko lepiej zachować czujność.