Kwiecień – chorowite lato, lifting ogródka i… chwile grozy!

kwiecien-prace-ogrodek

Kwiecień był w tym roku wyjątkowo upalny. Nie wiem jak u Was, ale tu na południu Polski temperatura rzadko spadała poniżej 15 stopni, a jeśli już to jedynie w nocy. Mimo tej pogody typowej dla wakacji nie dopadło jednak nas letnie rozleniwienie i zamiast leżeć na leżaku w ogrodzie nieźle w nim zasuwaliśmy. Zacznijmy jednak od początku…

Po zimowej Wielkanocy nastało wreszcie lato w swoje najlepszej odsłonie: 20-30 stopni Celsjusza w dzień, około 10 stopni w nocy. Mówiąc mniej liczbowo, a bardziej obrazowo: obiad w południe na tarasie, mrożona herbata i podziwianie gwiazd z leżaka wieczorem.

Co prawda sąsiedzi z innej części miasta, mieszkający w dolinie, twierdzą, że w nocy temperatura spada do zera, ale nie u nas takie numery. Nasz mocno nasłoneczniony stok nagrzewa się tak mocno, że nawet o północy zdarza się nam siedzieć na tarasie podziwiając gwiazdy. Do tej pory myślałam, że takie historie są zarezerwowane wyłącznie dla wakacji w Chorwacji, ale jednak nie. Jak widać okolice Krakowa w kwietniu oferują podobne atrakcje. Przynajmniej raz na sto lat ;)

Weekend majowy w domu – to lubię!

W całej Polsce trwa wielka majówka. Ludziska tkwią w korkach do rodzimych kurortów, a my jeździmy wózkiem, hulajnogą i biegówką na najbliższe place zabaw. Muszę Wam powiedzieć, że uwielbiam te chwile kiedy pogoda dopisuje, a place zabaw świecą pustkami. Mogę wtedy złapać chwilę oddechu i wrzucić wolniejszy tryb w mózgu bez obaw, że Aniela zaraz wlezie pod rozpędzoną huśtawkę albo karuzelę.

Przyjemnie jest usiąść w ogrodzie, nawet jeśli nadal przypomina on plac budowy, i popatrzeć na niebo nad własnym kawałkiem ziemi. Wolę to o wiele bardziej niż odhaczanie zatłoczonych atrakcji turystycznych albo dramatyczną walkę o wolny stolik czy miejsce postojowe…

POST Z NASZEGO FEJSBUKA
Jak zniszczyć sobie (i całej rodzinie) niedzielę?
1) Obiecać dzieciom jazdę na rowerze w najpopularniejszym parku w mieście (w Krakowie to park Jordana).
2) Po ponad pół godzinnym staniu w korku szukać przez drugie tyle miejsca do parkowania. Nie zapomnieć przy tym o znudzonych, marudząco-płaczących dzieciach z tyłu samochodu.
3) Znaleźć w zastępstwie inny, mniej popularny park z:
– wybrukowanymi alejkami, na widok których starsze dziecię zawoła oburzone: „I ja mam po tym jeździć?!”
– wypasionym placem zabaw, który wcale nie przynależy do parku tylko do nowo wybudowanego osiedla, o czym świadczy ogrodzenie bez furtki i kolczaste zasieki
– połową ławek zajętą przez roznegliżowanych panów z mocno zarysowanym mięśniem piwnym, zajętych trenowaniem tegoż mięśnia w wiosennym słońcu (siłka+solarium gratis).
Na pocieszenie pojechaliśmy na najlepsze na świecie McFlurry.
Nawet nie pytajcie jak długa była po nie dzisiaj kolejka…
#JakJaNieCierpieTlumow

Lifting trawnika i gen elegancji po babci

Nasze przydomowe wertepy przechodzą właśnie lifting. Dzielne mrówki w postaci Taty Tygrysiaków i Babci B (z małą pomocą Matiego) dzielnie rozniosły po całym ogródku wywrotkę ziemi, która ma przykryć wszelkie dziury i fałdy.

Przy okazji prac ziemnych dokonaliśmy szokującego odkrycia. Otóż, jeszcze do niedawna byłam święcie przekonana, że Gabrysia zamiłowanie do elegancji odziedziczyła po mojej teściowej, która nawet na urlopie w środku tygodnia smaży kotlety w garsonce. Tymczasem okazało się, że część skłonności do strojenia się mogła ona odziedziczyć po mojej własnej matce, której nigdy w życiu o coś takiego bym nie podejrzewała. Otóż, moja mama z radości, że już niedługo będziemy mieli ładny trawnik rozplantowała nam wiadrami po całym ogrodzie 10 ton (sic!) ziemi w eleganckiej sukience i białym żakieciku (sic, sic, sic!!!).

Po tym wydarzeniu zaczynam nabierać wątpliwości czy faza na „jestem dziewczynką, więc noszę sukienki” kiedykolwiek Gabie przejdzie. Nawet jeśli w przyszłości będzie zawodowo wywijać łopatą.

Ciepło, ale i chorobowo

Mimo pięknej pogody nie ominęły nas choróbska. W zasadzie nie potrafię teraz odtworzyć kolejności chorób, bo COŚ dopadło każdego z nas. Mnie COŚ zgięło w pół na prawie tydzień, a przez kilka następnych dni zmusiło do unikania pozycji siedzącej. Gabę dopadło COŚ, co dało się wypędzić jedynie kroplówkami. Reszta rodziny walczyła dzielnie z alergią na COŚ przy pomocy tabletek, kropli i wszelkiego rodzaju dmuchawek.

Ech, długo by o tym opowiadać, ale na szczęście powoli wychodzimy na prostą, a mnie powraca przekonanie, że alergia to nie choroba i można z nią żyć.

Przy okazji kryzysu zdrowotnego skrobnęłam mały post o tym, że mama w chorobie jest niezastąpiona. Zanim go jednak opublikuję, muszę poprosić Tatę Tygrysiaków o akceptację, bo troszkę tam na niego napsioczyłam :/ 

Chwile grozy na autostradzie

Jakby chorób było mało, przeżyłam również chwilę grozy podczas jazdy samochodem z Anielą.

POST Z NASZEGO FEJSBUKA
Jadę sobie z dzidzią samochodem Zakopianką (dwupasmówka, zjazd z góry, seria zakrętów) i nagle czyjąś rękę na ramieniu.
Zamarłam.
Jestem sama w aucie. Prowadzę. Za mną siedzi zapięta ciasno w foteliku (tyłem do kierunku jazdy!) Aniela… gorączkowo myślę co się dzieje, aż tu nagle ktoś mnie ciągnie za włosy i woła Mama!
Wyobraźcie sobie, że nasza mała akrobatka wylazła z zapiętego fotelika!!!!!!
Najgorsze było to, że nie miałam nawet gdzie zjechać. Zamiast porządnego pobocza był wąski pasek asfaltu i barierka :( Ostrożnie zjechałam z góry starając się, żeby jej nie zarzuciło na skręcie i zatrzymałam się, żeby usadzić wiercipiętka na miejscu.
A dzisiaj, z samego rana pojechaliśmy do sklepu po nowy fotelik. Z isofixem, mega ciasnymi pasami i nieco większym przedziałem wagowym. Nowy fotelik jest w bardzo dziewczęcym kolorze, który na zdjęciach wygląda na malinowy, a w rzeczywistości jest wściekle różowy… Innych PODOBNO w sklepie nie mieli.

Na tym kończę tą opowieść o Fejsbukowej codzienności, którą algorytm Fb przed Wami ukrywa, a Wam w samym środku tej wielkiej majówki życzę Wam dalekich podróży z dziećmi zapiętymi w fotelikach.

Bawcie się dobrze!

5.00 avg. rating (97% score) - 1 vote